Kwietniowa Sycylia [Włochy]

DSC 6516

Preludium

Na wstępie Szanowym czytelnikom naszego bloga należą się przeprosiny za dłuższą blogową ciszę. Teoretycznie, w ostatnim czasie zajęty byłem alternatywnym projektem, który wkroczył w kluczową fazę i skutecznie zaprzątał moją głowę. Mam tym samym całkiem niezłą wymówkę, ale prawda jest także, że od pewnego czasu ogarnął mnie blogowy leń, który skutecznie spychał internetową twórczość na sam dół listy priorytetów. Inna sprawa, że podróże po Polsce, czy Europie raczej nie są tak ekstycujące i kolorowe, jak nasze przygody w Indiach, a moje zdolności ich opisywnia wyraźnie odstają nie tylko od sław polskiego reportażu, ale i wielu innych twórców polskiej blogosfery. Grafomania na siłę – nie ma co się oszukiwać – jest raczej bez sensu. Zmotywowany przez niektórych z czytelników i z kronikarskiego obowiązku będę się jednak starał od czasu do czasu zamieszczać wpis lub dwa z kolejnych naszych wyjazdów. Wpisy na blogu ukazywać się pewnie będą z mniejszą częstotliwością i z nieco mniejszą regularnością.


Kwietniowa Sycylia

Zima w tym roku ciągnęła się niemiłosiernie. Byliśmy już mocno zdesperowani, by uciec przed polską słotą i choćby przez chwilę podładować akumulatory prawdziwą słoneczną energią. Codzienne przeglądanie ofert linii lotniczych przyniosło w końcu oczekiwany efekt i staliśmy się właścicielami pięciu biletów na włoską Sycylię. Wybór kierunku i terminu podróży okazał się trafny. Na miejscu przywitały nas przyjemne wiosenne temperatury i co najważniejsze bezchmurne niebo. Tylko woda w morzu była nieco dla nas za chłodna, ale też nie narzekajmy – nie można mieć przecież wszystkiego.

Zadekowaliśmy się w przyjemnym nadmorskim miasteczku i rozpoczęliśmy eksplorację zachodniej części wyspy.

Nasze miasteczko znajdowało się rzut beretem od niewielkiego rezerwatu. Pięknie położony, na górskim zboczu spadajacym wprost do lazurowej wody.

Nic dziwnego, że wędrówce niewielką scieżką towarzyszyły pocztówkowe widoki. Nagrodą za wysiłek była ukryta w jednej zatoczce malownicza plaża.

Jadąc dalej tym samym wybrzeżem trafiliśmy do niewielkiej górskiej miejscowości – Erice.

Trochę pospacerowaliśmy, po waśkich uliczkach, podziwiając tradycyjną zabudowę,


Oczywiście zjedliśmy pizzę.

Wpadliśmy też na zamek, gdzie akurat nadciągnęły chmur.

Jadąc dalej wybrzeżem trafiliśmy na saliny, gdzie tradycyjną metodą produkuje się sól. Trochę szkoda, że zakład akurat nie pracował, ale i tak widoczki były malownicze.

Kolejnego dnia pojechjaliśmy do Palermo.

W mieście i okolicach zachwyca architektura w stylu arabsko-normandzkim.


Z rzeczy mniej oczywistych nam spodobały się też niektóre grafiti.

Nie byli byśmy sobą, gdybyśmy nie zaciągnęli dzieciaków na jakieś ruiny. A wiadomo, że Włochy są w tym względzie klasą samą w sobie.

Wspaniałe ruiny. Pamiętające dawne czasy. Idealne miejsce, by pochodzić, pobiegać, poskakać i poczuć starożytny klimat.

Na koniec jeszcze atrakcja z cyklu dziwnych i raczej niecodziennych: Gibellina. Tu w 1968 roku  potężne trzęsienie ziemi zmiotło z powierzchni wyspy XVII-wieczne miasteczko. Zresztą nie tylko to jedno, bo w okolicy w kilku miejscach do dziś znaleźć można zrujnowane i opuszczone domy i gospodarstwa. Po trzęsieniu ludzie się z całej  doliny przenieśli do innych miejscowości. Ktoś wpadł na pomysł by w Gibellinie w miejscu tragedii wylać wielkie, w zasadzie ogromne, pole betonu, stworzyć coś na kształt zastygniętej masy nieistniejącego miasta z zarysem ulic przecinających ten architektoniczny twór. Swego czasu musiało to być wielkie artystyczne przedsięwzięcie. Aż strach pomyśleć, ile betonu na to poszło. Do dziś to miejsce robi niesamowite wrażenie. Z drugiej strony jest strasznie zapuszczone. Jakby świat o nim zapomniał…

 

Postludium

W następnym odcinku Malta.

Leave a Reply