• Boston – pożegnanie [USA]

    Na pożegnanie z USA zapraszam do obejrzenia kilku raczej pocztówkowych fotografii z Bostonu. Samo centrum miasta określiłbym mianem urokliwego – w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Taka ciekawa mieszanka tradycji i nowoczesności. Z jednej strony historyczne budynki i osiemnasto- i dziewiętnastowieczne cmentarze. Z drugiej wieżowce ze stali i szkła. Do tego dużo zieleni i błękitu. Parki i lasy. Świetnie zagospodarowana rzeka Karola, no i oczywiście cała Zatoka Massachusetts stanowiąca część Oceanu Atlantyckiego. Do tego świetni ludzie: otwarci, przyjaźni i niezwykle aktywni sportowo. Będę tęsknił.

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

  • Polskimi Śladami [USA]

    W Bostonie, tak jak w wielu innych amerykańskich miastach, znaleźć można polską dzielnicę. Nie jest podobno nawet w połowie tak reprezentacyjna, jak słynny Greenpoint, ale spacer po tym zakątku to dość ciekawe doświadczenie.

  • Uniwersytet Jana Harvarda [USA]

    W bezpośrednim sąsiedztwie Bostonu, na północnym brzegu rzeki Charlesa mieści się niewielkie miasteczko Cambridge. Jak nietrudno się domyślić swoją wdzięczną nazwę zawdzięcza europejskiemu pierwowzorowi. Co ciekawe podobieństwa wcale się na tym nie kończą. Brytyjskie Cambridge znane jest przede wszystkim dzięki drugiemu najstarszemu uniwersytetowi w Anglii. Amerykańskie także zasłynęło dzięki szkołom wyższym, konkretnie dwóm światowej sławy uczelniom: Harvard University i Massachusetts Institute of Technology. Obie mają bardzo ciekawą architekturę i przyjemne kampusy. O ile Harvard osadzony jest raczej w tradycji, to MIT to głównie nowoczesność i odważny design. Tak się jakoś złożyło, że architekturze tej pierwszej uczelni miałem okazję przyjrzeć się nieco bliżej. Utrzymane w stylistyce starej czerwonej cegły budynki przeplatają się z bardziej współczesnymi konstrukcjami. W tym pierwszym przypadku inspiracja jest dość oczywista. W tym drugim było mi znacznie trudniej odkryć źródło natchnienia architektów. To wszystko to jednak rzecz wtórna, bo najważniejsze, że uczelnia ma niezwykły klimat. I w co trudno może uwierzyć naukowa atmosfera bije nawet ze studenckich akademików :).

     

  • Wypad do Nowego Jorku [USA]

    Szybko okazało się, że pobyt w Bostonie jest na tyle intensywny, że nie będę miał zbyt wiele czasu by pozwiedzać USA. Zrobiłem sobie w zasadzie tylko jedną dłuższą wycieczkę. Na cel obrałem sobie Nowy Jork. Miejsce przez wielu uważane za magiczne. Wyróżnik i ideał miasta. Teoretycznie młode, a jednocześnie z dużym już bagażem historii. Betonowość i stalowość robią ogromne wrażenie. Do tego Central Park – morze zieleni w centrum Manhattanu – świetne miejsce na spacer i odpoczynek. No i te wspaniałe muzea z Met na czele. Wszystko super, ale w ostatecznym rozrachunku jakoś mnie to miasto jednak do końca do siebie nie przekonało.

    Może jestem nieco tendencyjny? Może moje spojrzenie było zbyt pobieżnie? Może żeby zakochać się w New Jorku trzeba w nim zamieszkać? Może trzeba do tego szerszej amerykańskiej perspektywy? Niewykluczone, ale gdy po tygodniowym pobycie wróciłem do domu zdałem sobie sprawę, że w zderzeniu europejskiej tradycji (jaką jest dla mnie Boston) z amerykańskim snem (który utożsamiać mógłby Nowy Jork) zdecydowanie stoję po stronie Starego Kontynentu.

  • Stany muzyczne [USA]

    Choć nie mam za grosz słuchu to po siedmiu latach nauki gry na pianinie potrafię jednoznacznie odróżnić muzykę złą od muzyki dobrej. Niby niewiele, ale jednak w sumie jest to niezwykle wartościowa umiejętność.

    Twórczość Roberta Planta to bez dwóch zdań muzyka bardzo dobra. Dlatego nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności i nie wybrać się na spotkanie z najnowszym projektem mistrza Robert Plant and the Sensational Space Shifters. Szczególnie, że akurat był przejazdem w Bostonie.

    Na koncercie były nowe nagrania, gdzieniegdzie przeplatane odniesieniami do twórczości Zeppelinów (z kultowymi Whole Lotta Love). Głos bez dwóch zdań rewelacyjny. Ze sceny całe 1,5 godziny biła prawdziwa moc! Plant powoli się rozkręcał tworząc niezwykły klimat aż stopniowo wszyscy wpadli w trans. Trudno było potem wrócić do rzeczywistości.

    Czasem mam takie wrażenie, że spóźniłem się na swoją epokę. Coś jak Joe Bonamassa, który tworzy muzykę zagubioną w czasie, jakby z poprzedniej epoki, w której go jeszcze na świecie nie było. Coś w tym musi być, bo na koncercie znacząco obniżałem średnią wieku, a w barze z powodu braku dowodu nie sprzedali mi piwa.

    Led Zeppelin usłyszałem chyba dopiero na studiach i to tylnymi drzwiami. Nic dziwnego przecież w zasadzie zespół rozpadł się zanim ja się jeszcze urodziłem. Wstyd się przyznać, ale trafiłem na nich dopiero na studiach. Stało się to za sprawą kolegi z mieszkania (dzięki Daro) i płyty Kaszmir, na której utwory Zeppelinów wykonuje orkiestra londyńskiej filharmonii. Potem już się potoczyło, ale ani Roberta Planta ani Jimiego Pega nie miałem nigdy okazji obejrzeć na żywo. Za to DVD z ostatniego koncertu Led Zeppelin przez długi czas biło u nas rekordy oglądalności, ustępując popularnością tylko Śwince Peppie, która po dziś dzień nie schodzi z Domowego Topu Wszechczasów, ale to już nie za moją sprawą…

Page 10 of 13« First«89101112»Last »