• Wypad do Nowego Jorku [USA]

    Szybko okazało się, że pobyt w Bostonie jest na tyle intensywny, że nie będę miał zbyt wiele czasu by pozwiedzać USA. Zrobiłem sobie w zasadzie tylko jedną dłuższą wycieczkę. Na cel obrałem sobie Nowy Jork. Miejsce przez wielu uważane za magiczne. Wyróżnik i ideał miasta. Teoretycznie młode, a jednocześnie z dużym już bagażem historii. Betonowość i stalowość robią ogromne wrażenie. Do tego Central Park – morze zieleni w centrum Manhattanu – świetne miejsce na spacer i odpoczynek. No i te wspaniałe muzea z Met na czele. Wszystko super, ale w ostatecznym rozrachunku jakoś mnie to miasto jednak do końca do siebie nie przekonało.

    Może jestem nieco tendencyjny? Może moje spojrzenie było zbyt pobieżnie? Może żeby zakochać się w New Jorku trzeba w nim zamieszkać? Może trzeba do tego szerszej amerykańskiej perspektywy? Niewykluczone, ale gdy po tygodniowym pobycie wróciłem do domu zdałem sobie sprawę, że w zderzeniu europejskiej tradycji (jaką jest dla mnie Boston) z amerykańskim snem (który utożsamiać mógłby Nowy Jork) zdecydowanie stoję po stronie Starego Kontynentu.

  • Stany muzyczne [USA]

    Choć nie mam za grosz słuchu to po siedmiu latach nauki gry na pianinie potrafię jednoznacznie odróżnić muzykę złą od muzyki dobrej. Niby niewiele, ale jednak w sumie jest to niezwykle wartościowa umiejętność.

    Twórczość Roberta Planta to bez dwóch zdań muzyka bardzo dobra. Dlatego nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności i nie wybrać się na spotkanie z najnowszym projektem mistrza Robert Plant and the Sensational Space Shifters. Szczególnie, że akurat był przejazdem w Bostonie.

    Na koncercie były nowe nagrania, gdzieniegdzie przeplatane odniesieniami do twórczości Zeppelinów (z kultowymi Whole Lotta Love). Głos bez dwóch zdań rewelacyjny. Ze sceny całe 1,5 godziny biła prawdziwa moc! Plant powoli się rozkręcał tworząc niezwykły klimat aż stopniowo wszyscy wpadli w trans. Trudno było potem wrócić do rzeczywistości.

    Czasem mam takie wrażenie, że spóźniłem się na swoją epokę. Coś jak Joe Bonamassa, który tworzy muzykę zagubioną w czasie, jakby z poprzedniej epoki, w której go jeszcze na świecie nie było. Coś w tym musi być, bo na koncercie znacząco obniżałem średnią wieku, a w barze z powodu braku dowodu nie sprzedali mi piwa.

    Led Zeppelin usłyszałem chyba dopiero na studiach i to tylnymi drzwiami. Nic dziwnego przecież w zasadzie zespół rozpadł się zanim ja się jeszcze urodziłem. Wstyd się przyznać, ale trafiłem na nich dopiero na studiach. Stało się to za sprawą kolegi z mieszkania (dzięki Daro) i płyty Kaszmir, na której utwory Zeppelinów wykonuje orkiestra londyńskiej filharmonii. Potem już się potoczyło, ale ani Roberta Planta ani Jimiego Pega nie miałem nigdy okazji obejrzeć na żywo. Za to DVD z ostatniego koncertu Led Zeppelin przez długi czas biło u nas rekordy oglądalności, ustępując popularnością tylko Śwince Peppie, która po dziś dzień nie schodzi z Domowego Topu Wszechczasów, ale to już nie za moją sprawą…

  • Znowu śladami rewolucji przemysłowej, czyli rowerem do Saugus [USA]

    Cały tydzień mieliśmy w Bostonie piękną pogodę. Bezchmurne niebo, słońce, 25 -30 stopni. Weekend też zapowiadał się świetnie. Zaplanowałem więc sobie wyjazd do Saugus Iron Works – najstarszego w USA zakładu wytopu żelaza. Jedyne 10 mil od północnego Bostonu. Podobno w połowie XVII wieku produkcja tego metalu w Saugus była większa niż w jakimkolwiek warsztacie w Europie. W tamtym czasie z uwagi na gospodarcze znaczenie żelazo miało kluczowe znaczenie dla rozwoju nowych kolonii. Używano go zarówno w rolnictwie (np. do wytwarzania narzędzi) i budownictwie (znów narzędzia i gwoździe). W praktyce było ważniejsze niż złoto. Co ciekawe warsztaty zostały zamknięte już po kilkunastu latach funkcjonowania. Podobno – mimo dużej skali – szybko zaczęły przynosić straty. Potem cały kompleks popadł w zapomnienie i dopiero w latach 40-tych XX wieku zainteresował się nim jeden z amerykańskich archeologów.

    Z czasem całość warsztatów udało się zrekonstruować i ustanowić je parkiem narodowym. Na miejscu atrakcji nie jest może dużo, ale na dwie-trzy godziny wystarczy. Kilka drewnianych budynków zlokalizowanych na terenie – można też obskoczyć w kwadrans, ale żal nie skorzystać z szerszej oferty wycieczek. W czasie jednej z nich można obejrzeć jak cała ta maszyneria funkcjonowała w praktyce. A trzeba przyznać, że napędzane przez układ wodny miechy i młoty robią niezapomniane wrażenie. Do tego cała okolica jest niezwykle urokliwa, szczególnie w ciepłych promieniach jesiennego słońca.

     

     

     

     

    Jedną z atrakcji kompleksu jest możliwość zwiedzania jednego z najstarszych budynków całej Nowej Anglii. Do jego wnętrz wejść można tylko dwa razy w ciągu dnia.

    Okazało się, że jestem jedynym turystą. Ale parkowy strażnik, który prowadził wycieczkę się tym nie zniechęcił i zrobił ze mną cały program obowiązkowy. Dom zbudowany został już po zamknięciu warsztatów, ale przez długi czas myślano, że mieszkał w nim główny kowal zakładów. W rzeczywistości więc jego historia nie jest w zasadzie zupełnie związana z produkcją żelaza. Niezmienia to jednak faktu, że budynek jest dość ciekawy. W czasie 400 lat istnienia był kilkukrotnie przebudowywany, powiększany, a potem przywracany do oryginalnego kształtu i znów powiększany. W środku nie ma niestety oryginalnych mebli, ale i tak dość dobrze oddaje ducha epoki, którego do życia przywracała barwna opowieść przewodnika.

  • Lowell – śladami rewolucji przemysłowej [USA]

    W czasie wycieczki do Concord i Lexington zdałem sobie sprawę, że rower może być całkiem dobrym środkiem transportu w czasie wycieczek po bostońskich okolicach. Bezsprzecznie najlepszym sposobem na zwiedzanie USA jest jazda samochodem. O tym wie zresztą chyba każdy. Stany samochodami stoją. Szerokie autostrady, ich gęsta sieć to tylko jeden z elementów umacniających image Ameryki. Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiły specjalnie przystosowane do potrzeb kierowców bankomaty – można z nich wypłacić gotówkę bez wysiadania z samochodu. Inna sprawa, że Boston jest pod tym względem nieco nietypowy. Europejski charakter miasta powoduje, że całkiem przyjemnie jeździ się po nim na rowerze. Podobnie zresztą z przyległościami. A ponieważ pogoda mi sprzyjała czułem się w obowiązku trochę pozwiedzać.

    W następnym tygodniu pojechałem więc w kolejną podróż w czasie. Tym razem już nie tak odległą w sensie historycznym, bo cofnąłem się tylko o 150 lat. Jakieś 40 km od Bostonu mieści się bardzo ciekawe miasteczko Lowell. W XIX w. było sercem amerykańskiej rewolucji przemysłowej. Taki amerykański Żyrardów. Jedno z ciekawszych miejsc dla kogoś kto fascynuje się historia gospodarczą. Miasto w czasie swojej świetności musiało robić niesamowite wrażenie. Po dziś dzień czerwone budynki fabryk (mills) wyglądają imponująco, szczególnie na tle jednorodzinnej tekturowej zabudowy w okolicy.

    Wiele z nich dziś zostało odnowionych i dziś mieszczą się w nich mieszkania, biura.

    Część mieści też uczelnię wyższą.


    Do tego jest też oczywiście muzeum.

    W którym można zobaczyć tradycyjną halę tkacką.

    Oprócz tego w innym budynku, zwiedzający mogą zobaczyć w jaki sposób ta cała maszyneria była wprawiana w ruch.

    Ten element jest zresztą bardzo ciekawym aspektem podróży po mieście. Wszystkie urządzenia były napędzane przez energię wodną, którą produkowano dzięki istnieniu bardzo wyrafinowanego systemu kanałów i śluz.

    Dziś można je sobie całkiem dobrze obejrzeć podróżując po nich małą łódeczką wraz z przewodnikiem.

    Na takiej 1,5 godzinnej wycieczce można sobie całkiem dobrze obejrzeć całe miasto.

    W ramach pakietu można się też przejechać stylowym tramwajem, który jeździ po Lowell za sprawą wolontariuszy, którzy wolne chwile spędzają wożąc turystów.

  • Zaczynam zwiedzanie [USA]

    A gdzie najlepiej zacząć zwiedzanie Stanów? Chyba tam, gdzie rodziła się państwowość tego kraju, czyli na szeroko rozumianych przedmieściach Bostonu: w Concord i Lexington. Wspaniałe miejsce, by zapoznać się z historią USA, zobaczyć jak wygląda podmiejska Nowa Anglia i odetchnąć świeżym powietrzem. [Nie, żeby to w Bostonie było jakoś szczególnie zatrute, wręcz przeciwnie po delhijskim smogu pobyt w stolicy Massachusetts to prawie jak wizyta w sanatorium.] Ale mimo wszystko zawsze fajnie pobyć troche na łonie natury. Celem mej rowerowej wycieczki były przedmieścia Concord i Lexington, gdzie mieści się Minute Man National Historical Park. Ten park narodowy upamiętnia pierwszą bitwę amerykańskiej rewolucji. Zagadkowo brzmiąca nazwa minute man pochodzi od określenia dzielnych amerykańskich żołnierzy, którzy potrafili podobno osiągnąć gotowość bojową w ciągu przysłowiowej minuty.

    To właśnie tu na przedpolach Concord w kwietniu 1775 roku amerykańscy osadnicy starli się z oddziałami brytyjskimi. Choć wojska Korony Brytyjskiej były liczniejsze i teoretycznie lepiej wyszkolone, kolonistom udało się zaskoczyć przeciwnika i doprowadzić do paniki w jego szeregach, a w rezultacie zmusić Brytyjczyków do wycofania się do Bostonu.

    Był to początek trwającej kolejne 7 lat wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, która zakończyła się oddzieleniem trzynastu kolonii od Królestwa Wielkiej Brytanii. Po stronie amerykańskiej walczyło wielu ochotników z Europy, w tym m.in. dwaj znani Polacy: Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Pułaski.

    Do Concord z Bostonu dojechac można rewelacyjną ścieżką rowerową.

    Która prowadzi trasą dawnej kolejki wąskotorowej.

    Dawny dworzec kolejowy.

    Z czasem zjechałem z głównego szlaku.

    I dojechałem do takiego ładnego rezerwatu.

    A to już pole bitwy.

    Przez które przepływa urokliwa rzeczka.

    Na miejscu jest też niewielkie muzeum.

    I kilka innych historycznych budynków.

    Nie do wszytskich można wejść.

    Ale ładnie wyglądają na zdjęciach.

Page 10 of 13« First«89101112»Last »