• Boston, czyli przenoszę się za Ocean [USA]

    We wrześniu Michaś poszedł do pierwszej klasy, Janka do przedszkola, a Basiunia do żłobka. Niestety nie było mi dane w tych wszystkich ważnych chwilach dzieciaków uczestniczyć, bo pod koniec sierpnia udałem się na cztery miesiące do Bostonów. Była to moja pierwsza, ale mam nadzieję, że nieostatnia podróż do Ameryki Północnej. Z szacunków wychodzi mi, że po drodze do USA odwiedziłem aż 100 innych krajów. Zanim dotarłem do Ameryki odwiedziłem kilka mniej popularnych krajów świata jak Afganistan, czy Arabia Saudyjska. Byłem też w dużej liczbie niewielkich państw, które czasem trudno zlokalizować na mapie, jak Bhutan, Brunei, czy Belize. No i byłem też w Chinach (i to dwukrotnie).
    Kilka najbliższych wpisów poświęconych będzie właśnie tym moim amerykańskim wojażom. Nie będzie ich jednak za dużo. Po pierwsze dlatego, że byłem za Wielką Wodą sam. Po drugie, bo trzeba nadgonić trochę zaległości, które w międzyczasie się na blogu zrobiły.

    DSC_4130

  • Bieszczady – coś się kończy, coś się zaczyna [Polska]

    Basen z podrzgewaną wodą w naszej bieszczadzkiej chacie.

    Ostani raz latem byłem w Bieszczadach jeszcze w liceum. Potem było jeszcze sporo wyjazdów, ale głównie wczesną wiosną i to raczej w te rzadziej odwiedzane partie.

    Przez ten czas Bieszczady mocno się zmieniły. Nawet papier toaletowy musi się rozwijać powiadają. Przez lata ten południowo-wschodni koniec Polski był synonimem świata odciętych od cywilizacji dróg, zapomnianych wiosek, świata Stasiuka, PGRów, biedy, taniego wina, Siekierezady, wypału wegla, dzikich szlakow, itp. Takie Bieszczady można pewnie jeszcze niekiedy znaleźć, ale raczej zdala od utartych szlaków i nie w samym środku turystycznego sezonu.

    Tym razem znalezliśmy się w zasadzie w mainstreamie. Odwiedzaliśmy największe atrakcje, spacerowaliśmy głównymi szlakami, nocowaliśmy wygodnie i dobrze jedliśmy. Co ciekawe, nawet tak bardzo nam to nie przeszkadzało (z wyjątkiem Soliny nad którą przezyłem prawie załamanie nerwowe). Wszystko to spowodowało, że zobaczyłem zupełnie inną twarz tych gór. Widać wyraźnie, że Bieszczady mają swoje pięć minut. Widać, że sporo pomogło nasze wejście do Unii i europejskie fundusze, ktore wsparły sporo ciekawych projeków.

    Coś się kończy, coś się zaczyna. Zawsze marzyłem by na emeryturę zaszyć się gdzieś zdala od cywilizacji. Bieszczady były takim modelowym miejscem. Ciekawe, czy za 25 lat coś z tej magicznej dzikości jeszcze tam pozostanie. Mam nadzieję, że tak.

  • Kolejowo i pontonowo [Polska]

    Ilość turystycznych atrakcji, która znaleźć można w Bieszczadach mocno mnie zdziwiła. Ja pamiętam czasy, w które przyjeżdżało się by spędzać czas na łonie natury. Teraz jest to tylko pół prawdy. Wokół Parku Narodowego powstało całe mnóstwo dodatkowych atrakcji, w których turysta może spędzić czas i wydać trochę grosza. Parę z nich nawet przypadło nam do gustu. Najbardziej chyba Bieszczadzka Kolejka i spływ pontonowy. Ja chciałem się jeszcze wybrać na drezyny, ale zabrakło czasu. Kolejka za to świetna. Najpierw trzeba było się co prawda uporać z kolejką do kolejki, bo chętnych było tylu, że długo by opowiadać. Czekając na otwarcie kasy czułem się trochę jakbym cofnął się w czasie (do znanego nam dobrze okresu pustych półek), albo w przestrzeni (przed sklep Apple w momencie wypuszczania na rynek nowego iCuda), ale się opłacało. Okazało się, że jest nasz tyle, że dostaliśmy własny wagon! To się nazywa liczna rodzina :). Klimat parowej ciuchci, stukot kół, a przede wszystkim chóralnie śpiewane ogniskowe piosenki stworzyły niesamowitą atmosferę. Było magicznie!

    DSC_2955
    DSC_2962
    DSC_2985
    DSC_3066
    DSC_2982
    DSC_2970
    DSC_3027

    Część ekipy wybrała się także na spływ Sanem. Nie był to jednak tradycyjny wypad na kajaki, a prawdziwa wyprawa dla największych twardzieli. Oczywiście żartuję. Spływ był naprawdę bezpieczny. Nawet dla dzieci, a to dlatego, że zamiast kajaków wypożyczyliśmy profesjonalne pontony. Na każdym 5-6 osobowa załoga zdeterminowanych wioślarzy, gotowych szorować pokład aż zabraknie tchu :).  Zabawa była w każdym razie przednia! Tylko poziom wody niski, przez co zdecydowanie za często szorowaliśmy po dnie….

    DSC_2595
    DSC_2608
    DSC_2612

  • Jeszcze trochę o Salem [USA]

    W tym roku obchodziłem – no może nie do końca obchodziłem, a doświadczałem – swojego pierwszego Halloween. Postanowiłem pójść na całość i pojechać do Salem – miasta powszechnie kojarzonego z polowaniami na czarownice. Od tamtych dni upłynęło już sporo lat,  ale dawne legendy wciąż żyją – głównie za sprawą miejscowego przemysłu turystycznego, dla którego tragiczne wydarzenia XVII w. są prawdziwą żyłą złota. Widać to na każdym kroku. W Salem działa na przykład kilka muzeów czarownic, szereg firm prowadzi wycieczki śladami magi i czarnoksięstwa, a kilkadziesiąt sklepów żyje ze sprzedawania okolicznościowych pamiątek. W mroczną atmosferę  wpasowała się też miejscowa drużyna lekkoatletyczna o wdzięcznej nazwie Czarownice. Co roku w listopadzie odbywa się “Nawiedzony festiwal”, którego kulminacyjnym momentem jest właśnie Halloween. Podobnie jak 100 tys. innych turystów uznałem, że będzie to najlepszy czas by zwiedzić to słynne miasto. I nie pomyliłem się. Choć od mojej wizyty upłynęło parę dni, to nadal jestem pod sporym wrażeniem, tego co zobaczyłem. Próbkę szaleństwa zamieściłem już na blogu w jednym z poprzednich wpisów. W związku z pojawiającymi się pytaniami wyjaśniam, że tamte zdjęcia zrobiłem na lokalnym cmentarzu, a znalazły się na nich osoby z krwi i kości (nie były to manekiny!). Jak się okazuje wśród mieszkańców Salem panuje nie tylko moda na przebieranie, ale także na robienie sobie fotografii z nagrobkami w tle. W niektórych przypadkach ma to komiczno-makabryczny, a czasami wręcz bulwersujący charakter.
    Poza aspektem cmentarnym sama wizyta w Salem była bardzo ciekawa. Spędziłem mnóstwo czasu chodząc po uliczkach, przyglądając się tłumom przebierańców, podziwiając okolicznościowe dekoracje i generalnie chłonąc atmosferę tego niecodziennego święta.

    Przydomowe dekoracje.

    Szczególnie urzekł mnie ten pies (a właściwie jego szkielet) w tle.

    Modne jest wieszanie kościotrupów na werandzie.

    I okolicznościowe inscenizacje w ogródku.

    Tu mi się najbardziej podobał kościotrup na pierwszym planie wychodzący z ziemi.

    Tego Pana chyba nawet znam 🙂

    A to okolicznościowe ozdoby w jednym z supermarketów.

    I czas na spacer po mieście, albo zakupy w sklepie New Age’owym.

    Co powiedzie na specjalne wdzianko dla psa?

    Koniecznie trzeb przebrać dzieci. Tak jak u nas chłopcy najbardziej lubią superbohaterów.

    Dorośli mają zdecydowanie większą fantazję: oto duch i jego pogromca.

    Dwóch Frankensteinów? Swoją drogą ciekawe, ile czasu trwa przygotowanie takiego makijażu?

    I scenka rodzajowa.

    I jeszcze jedna. Prawda, że romantyczna?

  • W drodze do Salem [USA]

    Dziś kontynuując amerykański przerywnik z poprzedniego wpisu kilka zdjęć, które zrobiłem w drodze do Salem. Zobaczcie jaka piękna jest tegoroczna jesień w Nowej Anglii.

     

     

Page 10 of 12« First«89101112»