• Nasze wielkie włoskie wakacje [Włochy]

    Powoli nasze rodzinne letnie wyjazdy stają się nową świecką tradycją. Tym razem znów padło na wspólny wyjazd do Włoch. Trochę dlatego, że tam można liczyć na dobrą pogodę, wyśmienite jedzenie, rewelacyjną kawę i dobre wino, a trochę dlatego, że można było znaleźć dla nas odpowiednik nocleg. A że rodzina duża to i miejsc potrzeba całkiem sporo. Tym razem było nas łącznie 34 osób! 17 dzieci i 17 dorosłych. Łącznie trzy pokolenia. Prawie wszyscy z jednej gałęzi rodziny. Aż trudno uwierzyć, że jest nas tak dużo. A mogło być więcej, bo nie wszyscy pojechali! Musicie przyznać, że niezwykła to rodzina, co tak zgodnie spędza wspólnie wakacje.
    Ostatecznie okazało się, że nawet we Włoszech nie jest nam wcale łatwo znaleźć odpowiedni nocleg. Na szczęście po długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć bardzo przyjemną willę, z kilkunastoma pokojami, przestronnym salonem, salą bilardową, kuchnią, jadalnią, własną kaplicą i ogromnym ogrodem. Nieco może nadgryzioną zębem czasu, ale za to z jakim klimatem. No i do tego w całkiem fajnej okolicy: pomiędzy Padwą, Veroną i Ferrarą z mnóstwem atrakcji w bliższej i dalszej okolicy. To były właśnie nasze wielkie włoskie wakacje!  

  • Rumunia – jeszcze tu wrócimy [Rumunia]

    Mimo, że spędziliśmy w Rumunii prawie 3 tygodnie wciąż sporo miejsc musieliśmy odpuścić. Pozostaje mieć nadzieję, że uda nam się jeszcze wrócić i zobaczyć bukowińskie malowane klasztory i położone niedaleko polskie wioski, Sybin i Bukareszt, które tym razem sobie odpuściliśmy, wszystkie wysokie góry, przede wszystkim Fogarasze, ale i te niższe, np. Krasowy Rejon i okolice kanionu Turda, wpisane na listę Unesco dackie twierdze. Oj spokojnie moglibyśmy do Rumunii wrócić na kolejne dwa tygodnie.

  • Plaża – nie taki raj piękny jak go malują [Rumunia]

    W czasie naszego 3 tygodniowego wyjazdu nie mogło zabraknąć morza, zwłaszcza, że akurat byliśmy niedaleko i wystarczyło tylko zatrzymać się niejako po drodze.

    Powiadają, że podróżowanie to sztuka kompromisu, szczególnie, gdy podróżuje się z taką ekipa jak naszą. Z jednej strony nie jesteśmy specjalnymi amatorami plaży. Wolimy odpoczynek aktywny. Z dala od zgiełku i gwaru. Z drugiej strony nasze dzieci zachwycone żywiołem: kąpaniem w morskiej wodzie, skakaniem przez fale‎ i budową zamków z piasku. Najlepiej podsumowała to Basia: “Mamo, fajne to jezioro.” Dla nas jednak plaża w rumuńskim wydaniu była szczególnie odpychająca. Zatłoczona, bez odrobiny prywatności i na dodatek od czasu do czasu zalatująca szlamem. Nic dziwnego, że nie mogliśmy się przekonać.Przemęczyliśmy się chwilę i z ulgą ruszyliśmy w dalszą drogę. Dla kontrastu kolejny nocleg wypadł nam w zupełnie innym miejscu. Oddalonym od cywilizacji, z klimatem górskiego schroniska, rodzinnym, przytulnym i w fajnym towarzystwie. Ani morza ani piasku nie było, ale dzieciakom też się podobało. Czasem trzeba pocierpieć, by potem jeszcze bardziej docenić, to co lubi się najbardziej…

     

  • Błotne Wulkany [Rumunia]

    Jeśli cały wyjazd do Rumunii oceniamy jako strzał w dziesiątkę, to jedno miejsce zrobiło na nas szczególne wrażenie. I jemu postanowiłem poświęcić cały wpis zdjęciowy. Chodzi o błotne wulkany. Znaleźć je można z dala od utartych szlaków, w sercu rumuńskiej głuszy, gdzie nagle jak spod ziemi wyrasta przez nami iście księżycowy krajobraz. Choć nie mają one nic wspólnego z wulkanami lawowymi, a z ich wnętrza zamiast rozgrzanej magmy, wydobywa się tylko woda i piasek, to i tak są prawdziwym fenomenem. My się w nich zakochaliśmy, nasze dzieci zresztą też!

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

  • Przegląd atrakcji [Rumunia]

    O atrakcjach Rumunii pisać moglibyśmy długo, ale tym razem postanowiliśmy was nie zamęczać. W każdym razie poniżej lista miejsc, które szczególnie możemy polecić:

    Zamek w Hunedoarze

    I kilka twierdz chłopskich, które odwiedziliśmy

    Do tego niezwykle malownicze warowne kościoły .

    Idealne do zabawy w rycerzy i księżniczki.

    Do tego piękne miasteczka z cukierkowymi wręcz starówkami oraz niesamowite saksońskie wsie, w których widok konia ciągnącego wóz jest prawie tak powszechny jak samochodu.

    Skansen w Sybinie – zaskoczył nas swoją skalą. Gdyby nie hulajnogi to nie było by szansy zobaczyć nawet połowy tego ogromnego kompleksu.

    Świetna była też wycieczka po delcie Dunaju.

    Wybraliśmy wariant krótki, czyli 3 godzinny i to był strzał w dziesiątkę. Dzieci akurat tyle dały radę wytrzymać w łodzi.

    I fajny był też spacer po kanionie Turdy.

    A jak o Turdzie mowa to i kopalnia soli była bardzo ciekawa

    z podziemnym parkiem rozrywki ulokowanym w największej komnacie jaką widziałem.

    Na koniec wpadliśmy też na “wesoły cmentarz”, ale tu aż tak bardzo ciekawie nie było.

    W Bukowinie podobała nam się znacznie bardziej przejażdżka leśną kolejką w Viseu de Sus.

Page 4 of 12« First«23456»10Last »