Albania, Kosowo

kwiecień - maj 2006

Trasa:

Warszawa – Bratysława (Słowacja) – Belgrad (Serbia) – Niś – Prisztina (Kosowo) – Prizren – Kruja (Albania) – Tirana – Durres – Apollonia – Berat – Ohrid (Macedonia) – Skopje – Sofia (Bułgaria)

Termin:

28.04-07.05.2006.

Uczestnicy:

Agnieszka Lichnerowicz
Marysia Wejs
Bastek Domżalski

 

Informacje
praktyczne:

- WIZY

Do wszystkich państw na trasie wizy nie są potrzebne (również do Macedonii, ruch bezwizowy wprowadzono na stałe na początku maja 2006 r.)

- DOJAZD

Nie ma na razie tanich lotów bezpośrednio do Albanii, można jednak wylądować w Bułgarii, Chorwacji lub Grecji, przy okazji trochę zwiedzając. Najprostsza trasa lądowa prowadzi z Polski przez Słowację, Węgry, Serbię, Kosowo lub Czarnogórę i zajmuje mniej niż 48 h. Granice między Serbią i Kosowem można przekroczyć busem jadącym z Nis lub dojechać go wioski przy granicy, przejść ją na piechotę i dalej łapać stopa. Nie polecamy przekraczania granicy Kosowo-Albania stopem – może się to skończyć bardzo długim czekaniem, a sama droga nie jest najlżejsza.

- POGODA

W Albanii na początku maja jest już ciepło i przyjemnie. Jednocześnie słońce nie daje się za bardzo we znaki. Zdarzają się ulewne deszcze.

- ZDROWIE

Wyjazd nie wymaga szczególnych przygotowań. To w końcu Europa…

- PIENIĄDZE

Na trasie uciążliwa jest wymiana na każdej granicy na miejscową walutę. W Kosowie oficjalną walutą jest Euro. W Albanii można korzystać z bankomatów (np. Visa Electron). Patrz również: kursy i koszty podróży.

- TRANSPORT W KRAJU

Przez Słowację, Węgry, Serbię najwygodniejszy jest przejazd pociągiem. Po Kosowie porusza się busami. W Albanii transport nie sprawia problemów, odległości nie są za duże.

- HOTELE

Infrastruktura
turystyczna w Albanii pozostawia sporo do życzenia. Tanich hoteli jest mało i trudno je znaleźć. Jednocześnie nie ma pól namiotowych, choć na wsi można znaleźć miejsce na rozłożenie namiotu.

- ATRAKCJE

Albania nie obfituje w atrakcje, mimo przepięknego położenia. Na północy kraju zachwycają dzikie góry, południowa część podobno przypomina Grecję. Wybrzeże jest bardzo zaniedbane. W całym kraju gdzie nie spojrzeć wyrastają „urocze” grzybki, czyli bunkry.

- BEZPIECZEŃSTWO

Podczas całego wyjazdu czuliśmy się bezpiecznie.

Dziennik podróży:

28.04.

Wykorzystując długi weekend majowy jedziemy do Albanii. Ruszamy z Bratysławy (na Słowację przyjechaliśmy kilka dni wcześniej w ramach podróży służbowej). Jedziemy na dworzec kolejowy, gdzie mamy spotkać się z Agą – trzecią uczestniczką wyprawy, która przyjeżdża z Polski. Niestety jej pociąg ma 2,5 godziny opóźnienia. Musimy więc trochę zmienić plany i zamiast jechać przez Szturmowo i Szob (na Węgrzech) decydujemy się na droższą opcję przez Gyor. W tym celu kupujemy w kasie bilety na przejazd tam i z powrotem do Gyor (7 Euro) [Są tańsze niż bilety w jedną stronę – taka nowa promocja kolei Słowackich]. W Gyor mamy niecałą godzinę na wymianę pieniędzy i zakup biletów na dalszą trasę, czyli Gyor-Kelebia oraz na przejazd granicy węgiersko-serbskiej (Kelebia-Subotica). W Suboticy według rozkładu pociąg powinien mieć prawie 40 minut postoju -czyli czasu na zakup biletów do Belgradu w kasie według tańszej regionalnej taryfy powinno być w sam raz. Niestety nasz postój trwa niecałe pięć minut. Przez co udaje nam się tylko wymienić walutę i w ostatniej chwili (bez biletów) wsiąść do odjeżdżającego pociągu. Nie pozostało więc nic innego jak kupić bilet u konduktora. Pociąg znowu ma opóźnienie i do Belgradu docieramy 50 minut później. Przez to nie zdążamy na pociąg do Nis i dalej do Bujanowic. Następny pociąg do Nis odjeżdża dopiero o 3:40 rano. Zostawiamy więc bagaże w przechowalni bagażów i ruszamy na podbój Belgradu nocą. Kręcimy się po terenie cytadeli a potem chodzimy po głównej promenadzie. Wszędzie jest mnóstwo młodych Serbów, chodzących od kawiarni do kawiarni. A mają ku temu niezły potencjał, bo różnych barów i knajpek jest w Belgradzie całe mnóstwo. Tak wygląda zwykły piątkowy wieczór w jednej ze zwykłych europejskich stolic. Koło pierwszej na ulicach robi się pusto. Postanawiamy wrócić na dworzec i tam spędzić resztę nocy w oczekiwaniu na nocny/poranny pociąg do Nis.

29.04.

Pociąg to zwykła osobówka z niezwykle niewygodnymi siedzeniami. Jesteśmy jednak tak zmęczeni, że cała drogę przesypiamy. O 9-tej rano wysiadamy w Nisu, gdzie pociąg kończy bieg. Pytamy o dworzec autobusowy i w 30 minut jesteśmy na miejscu. Tam próbujemy się dowiedzieć o bezpośrednie połączenie do Prisztiny. Niestety nikt nic nie wie. Możemy dojechać tylko do miasta granicznego Merdare, ale autobus odjeżdża dopiero za 3 godziny. Nie ma wyjścia, kupujemy bilety i idziemy zwiedzać pobliski targ i cytadelę. Najpierw Aga zostaje z bagażami, a potem zmiana. Cytadela to w zasadzie park otoczony wysokim na 10 metrów murem z kilkoma budynkami w środku. Najfajniejsza jest – położona tuż nad brzegiem rzeki – brama wejściowa. Koło 12-tej wchodzimy na teren dworca i wsiadamy do autobusu. Podróż do Merdare zajmuje 2,5 godziny. Na miejscu okazuje się, że jesteśmy jedynymi osobami idącymi w kierunku granicy. Droga dość mocno wspina się ku górze. Dopiero po 30- minutowym marszu dochodzimy do posterunku granicznego. Dość sprawnie przechodzimy kontrolę serbską a potem ONZ-towską. W międzyczasie zagadujemy z kierowcą busa. Okazuje się, że jest to rejsowy transport z Niszu do Prisztiny. Szkoda, że nie udało się nam go znaleźć w Niszu. Przynajmniej teraz zabierzemy się do stolicy. Po drodze oglądamy Kosowo. Rzuca nam się w oczy ogromna ilość nowowybudowanych budynków. Jak się później dowiadujemy to efekt pieniędzy przesyłanych przez emigrantów. Niestety kierowca busa nie jedzie do centrum Prisztiny, podrzuca nas tylko na przedmieścia. Przed nami 30-minutowy spacer do centrum. Stamtąd musimy przejść jeszcze kilka kilometrów do położonego na wzgórzu hostelu. W drzwiach wita nas starsza pani. Co ciekawe, jedyny język obcy jaki zna to szwedzki (W czasie wojny spędziła 5 lat w tym kraju). Zaraz jednak pojawia się druga – mówiąca po angielsku. Dogadujemy się co do ceny i bierzemy dwójkę na trzy osoby za 20 Euro. Pani bierze nasze paszporty i wychodzi, a ja staram się podładować komórkę. Tylko akurat wybieram jakiś dziwny kontakt, wkładam wtyczkę i nagle boom, ładowarka wybucha mi w rękach. Na szczęście od razu wyłączają się korki. Nic mi nie jest, ale kontakt cały osmolony, a części ładowarki leżą porozrzucane po pokoju. Było ostro. Jemy kolację i zastanawiamy się nad wyjściem na miasto. Jesteśmy jednak chyba bardzo zmęczeni, bo nie udaje się wprowadzić naszego planu w życie.

30.04.

Wstajemy koło 8-mej. Jemy śniadanie i z plecakami idziemy na dworzec, gdzie docieramy koło 10:30. Po drodze oglądamy jeszcze trochę Prisztinę, ale w zasadzie nie ma tam nic ciekawego. Fotografujemy siedziby różnych organizacji pomagających w odbudowie Kosowa, a przede wszystkim siedzibę ONZ. Zaskakuje nas też duża ilość białych terenowych Toyot, należących do różnych organizacji międzynarodowych. (większość oczywiście do ONZ). Autobus do Prizren z dworca odjeżdża o 11:00. Mamy akurat czas, żeby zjeść kebaba. Po 2 godzinach lądujemy u celu. Możemy więc zacząć poszukiwania hotelu. Dziś postanawiamy się zdać na naszego podróżniczego nosa, czyli szukać w ciemno. Pierwszy napotkany przez nas hotel ma niestety astronomiczne ceny. Po kilku minutach dalszej wędrówki, przy kolejnej próbie zagadnięcia jakiegoś przechodnia o drogę, zatrzymuje się przy nas samochód a jego kierowca płynnym angielskim zapytuje czy może nam w czymś pomóc. Jak nie, jak tak! Po krótkiej pogawędce wsiadamy do wozu i jedziemy do jakiegoś hotelu podobno ma być tani. Nasz nowy znajomy – Visar jest lokalnym chłopakiem, pracuje dla policji jako tłumacz. Położony naprzeciwko siedziby KFORu Motel City okazuje się nie być aż takim tanim (25 Euro za osobę po targowaniu). Nie chcemy jednak robić naszemu kierowcy kłopotu i postanawiamy zostać. Szybko lokujemy się w pokoju i razem z Visarem jedziemy do centrum, czyli nad rzekę. To właśnie na jej brzegu położona jest najstarsza i najładniejsza część Prizrenu. W okolicy jest pełno różnych kawiarni, praktycznie wszystkie pełne ludzi i to wyłącznie miejscowych – turystów przecież w Kosowie jeszcze nie ma. Jakimś cudem udaje nam się znaleźć jakiś wolny stolik. Siedzimy, pijemy kawkę, obserwujemy i gadamy. Wrażenie jest niesamowite. Nigdy nie spodziewałbym się, że tak wygląda Kosowo. Tylu ludzi nie ma nawet na Starym Mieście w Warszawie. Podobno w niedzielę to jest zupełnie normalne. Wszyscy mają dużo wolnego czasu więc „lans” jest najpopularniejszym sposobem na zabicie nudy. Tylko gdzie są dziewczyny? Zajmują się domem – odpowiada Visar. Moja żona też kiedyś przesiadywała w kawiarniach, ale od czasu ślubu ustaliliśmy, że nie będzie tego robić. A ty? – pytam. Ja wychodzę kiedy chcę, prawie codziennie, przecież jestem facetem, nie? Ach ta żelazna muzułmańska logika. Visar opowiada nam też trochę o sytuacji w Kosowie. Konsekwentnie omija jednak temat wojny. Jak większość był wtedy na emigracji, ale i tak woli nie rozgrzebywać ran. „Było minęło, teraz żyjemy na nowo.” Czas leci a my musimy jeszcze pozwiedzać. Dziękujemy naszemu nowemu znajomemu i umawiamy się z nim ponownie na wieczór. Postanawiamy się trochę pokręcić po okolicy, wchodzimy na górujące nad miastem wzgórze. Po drodze mijamy cerkiew, która została zniszczona w 2004 roku przez rozwścieczony tłum. Teraz rozlokowali się tu żołnierze KFORu – mają niezły punkt widokowy na całą okolicę. Niestety do środka wejść nie można. Aga próbuje przekonać żołnierzy, żeby nas jednak wpuścili, ale gdy pokazuje swoją legitymację prasową to chłopaki całkowicie przestają z nami rozmawiać. Idziemy więc dalej, aby zobaczyć usytuowaną na szczycie góry cytadelę. Ze szczytu rozpościera się ładny widok, niestety pogoda nie jest najlepsza. Z drugiej strony widać nawet jakieś ośnieżone szczyty, ale też toną w chmurach. Siedzimy trochę na górze i wracamy do hotelu, gdzie docieramy koło 18:30. Po krótkim pobycie w pokoju wychodzimy, żeby coś przekąsić. Nie bierzemy jednak pod uwagę faktu, że w niedzielę wieczorem wszystko jest już zamknięte. W końcu udaje nam się znaleźć jakiś otwarty lokal. Zajmuje nam to jednak sporo czasu, bo gdy wracamy do hotelu jest już 19:30, a my przecież jesteśmy za 0,5 h umówieni z Visarem. Mamy więc tylko chwilę na odpoczynek. Koło 20–tej przyjeżdża Visar. Razem z nim jedziemy nad rzekę. W czasie całego wieczoru wypijamy po 4 małe piwa. Koło 21-szej znów robi się bardzo tłoczno. W niektórych pubach jest tyle ludzi, że aż trudno się wcisnąć. I tak jest aż do północy. Dopiero wtedy ulice robią się pustsze, a i obsługa zaczyna powoli zamykać lokale. My też postanawiamy wrócić do hotelu.

01.05

Wstajemy koło 6-tej i idziemy na dworzec. Tam okazuje się, że jedyny oficjalny bus do Albanii jedzie tylko do Tirany i jest dopiero o 20-tej,  a do Shkodry w ogóle nic nie jedzie. Wychodzimy więc przed dworzec. Tam stoi jakiś furgon. Zagadujemy z kierowcą i okazuje się, że jedzie  do… Tirany i ma akurat trzy wolne miejsca. Za naszą trójkę chcą 45 Euro. Mogą nas również zawieźć do Shkodry, ale wtedy stawka jest dokładnie taka sama, bo oni musieliby nadrobić drogi. Jesteśmy mocno zdezorientowani i postanawiamy się zastanowić (co trwa pewnie z pół godziny, bo w międzyczasie spożywamy jeszcze śniadanie). W końcu rezygnujemy z pomysłu łapania stopa i decydujemy się pojechać furgonem do Tirany (chcemy wysiąść trochę wcześniej – w Kruji). Jak się później okazało podjęliśmy słuszną decyzja, bo droga do Albanii to prawdziwy hardcore. 220 km przejeżdża się w 7-8 godzin. Praktycznie cały czas droga prowadzi przez góry, jest niezwykle kręta i niebezpieczna, cały czas jedziemy góra dół i góra dół, pokonujemy przełęcz za przełęczą, kierowca non stop kręci lewo prawo, lewo prawo, a
pasażerowie latają jak ziemniaki w skrzynce. A żal ich, bo jak się okazuje wszyscy to bardzo mili ludzie. Jeden mówi nieźle po rosyjsku – kiedyś nawet uczył tego języka w szkole i jak twierdzą współpasażerowie to stary komuch. Drugi zna parę słów po angielsku i kilka po włosku. Ten z kolei należał do albańskiej “Solidarności”. Oprócz tego jest jeszcze matka z dwojgiem dzieci i starszy dziadek. W czasie jazdy cały czas leci głośna muzyka – takie albańskie disco polo. Co bardziej znane kawałki wszyscy nawet sobie podśpiewują. Wtedy w busie robi się taki fajny trochę mistyczny klimat. Szkoda tylko, że od razu nie wziąłem dwóch tabletek Aviomarinu, to podróż była by łatwiejsza, a tak przez pół drogi muszę walczyć z chorobą lokomocyjną. Tak jak zakładaliśmy wysiadamy na skrzyżowaniu na Kruję. Panowie bardzo mile się z nami żegnają i załatwiają dalszy transport. Droga cały czas wspina się po dość stromym zboczu. Kruja jest bowiem położona dość wysoko w połowie potężnego zbocza. Szkoda, że pogoda jest taka kiepska, bo widok musi być naprawdę ładny. Na miejscu nie bardzo mamy pomysł co dalej. Pogoda jest tak kiepska, że o rozbijaniu namiotu nawet nie ma co myśleć – zresztą i tak nie byłoby za bardzo gdzie. Siadamy w jakieś knajpie, żeby przeczekać deszcz. Gadamy z właścicielem, ale nie jest wstanie rozwiązać naszego problemu. Jest bardzo miłym człowiekiem, częstuje nas nawet jakimś ciastkiem na koszt firmy. Próbujemy go wypytać gdzie by tu można było tanio przenocować, ale na dźwięk słowa “namiot” na twarzy sprzedawcy pojawia się dziwny wyraz twarzy „Czyście ogłupieli?”. Chyba znowu nie uda nam się tanio spędzić nocy. Musimy wybrać opcję hotelową. Najpierw idziemy do opisywanego w przewodniku hotelu Skandenberg, ale okazuje się, że już nieczynny. Próbujemy dogadać się ze stróżem, czy by przypadkiem nie dało się przespać gdzieś na podłodze, ale się nie zgadza. Idziemy więc naprzeciwko do hotelu Panorama. Tam udaje nam się zbić trochę cenę i koniec końców płacimy 3000 leków za 3 osobowy pokój. Jesteśmy już trochę głodni, więc robimy sobie kuskus na kuchence i wychodzimy na chwilę na miasto. Udaje nam się wejść na teren zamku, ale na zwiedzanie jest już za późno.

02.05.

Wstajemy o 7 rano. Pogoda jest już lepsza, ale nad Krują nadal wiszą chmury. Idziemy na zamek, ale jest jeszcze za wcześnie i wszystko jest pozamykane. Kręcimy się więc po okolicy, zwiedzamy ruiny i niżej położone kamienne domy. Koło 9-tej otwierają muzeum, decydujemy się wejść. Muzeum jak to muzeum, w sumie nie ma zbyt wielu eksponatów, ale wejść można. Potem chodzimy jeszcze trochę po okolicy, rezygnujemy przy okazji ze zwiedzania muzeum etnograficznego. Do hotelu wracamy przechodząc po drodze przez małą handlowa uliczkę. Turyści mogą tam znaleźć sporo ciekawych albańskich pamiątek. Zabieramy rzeczy z hotelu i idziemy łapać busa do Vor-Kruji. Tam przesiadamy się w busa do Tirany. Początkowo droga jest bardzo dobrej jakości – jak na Albanię coś niesamowitego. W pewnym momencie
jednak kierowca tuż przed Tiraną wpada w straszny korek. Chyba jednak bardzo nie lubi stać bezczynnie, bo próbuje wyprzedzić stojące samochody, jadąc przez jakieś totalne zadupie. Dziwne, że mu samochodu nie żal, bo droga, którą jedziemy jest w potwornym stanie. W końcu udaje nam się wrócić na główną trasę i wbić z powrotem w korek. To chyba musi być dość częsta sytuacja, bo kierowca zna trasę perfekcyjnie. A wszystko przez remont krótkiego odcinka trasy wjazdowej. Prawdę mówiąc to taki remont przydałby się jeszcze paru innym odcinkom, bo stan nawierzchni w Tiranie poraziłby każdego kierowcę, nawet tych przyzwyczajonych do warunków polskich. Kierowca wyrzuca nas niedaleko głównego placu Skandenberga, gdzie robimy sobie postój na rozeznanie w sytuacji. Po krótkim odpoczynku zarzucamy plecaki na ramię i idziemy w kierunku opisywanego w LP hotelu „Ender”. Dopiero na miejscu orientujemy się, że „Ender” to po prostu mieszkanie w bloku, w którym właściciel podnajmuje pokoje. Co ciekawe, nigdzie nie ma żadnej informacji, że to hotel nawet na drzwiach wejściowych. Sytuacje komplikuje też fakt, że „Ender” mieści się nie na 3 jak pisze LP a na pierwszym piętrze. To wszystko powoduje, że hotel udaje nam się znaleźć dopiero za trzecim podejściem i to dopiero przy wydatnej pomocy pewnej Albanki. Choć blok z zewnątrz wygląda niezwykle obskurnie, to w środku jest bardzo przyjemnie. Zostawiam rzeczy w pokoju i idziemy z naszą znajomą na piwo – przecież trzeba się jej jakoś zrewanżować. Okazuje się, że nasza Albanka mieszka w Albanii dopiero od 8 miesięcy – pewnie dlatego tak dobrze zna angielski, do tego mówi też po niemiecku i grecku. Jej chłopak – Grek – pracuje w Tiranie dla Unii Europejskiej. Oboje są chyba bogaci, bo wynajmują jakieś duże mieszkanie w najbardziej wylansowanej dzielnicy „Bloku”. „Bloku” było kiedyś zamkniętym dystryktem miasta zamieszkałym wyłącznie przez komunistyczne szychy. Po upadku reżimu jego bramy zostały otwarte, a okolica stała się najmodniejszą i najdroższą częścią miasta. To tu Albańczycy przychodzą wieczorami na piwo bądź na podryw. Anne opowiada nam o swoim powrocie do Albanii i o tym jak wszyscy są tu zakłamani i jak jej się w Tiranie nie podoba. Mimochodem wspomina, że była już w paru miejscach na ziemi, pojawia się Dominikana i RPA. Tak musi być bogata. W ogóle jest bardzo miła i koniec końców sama płaci za nasze piwa. Trochę nam głupio, bo to my mieliśmy ją zaprosić, a nie ona nas, ale może i dobrze, bo małe piwo za 10 zł mocno nadszarpnęłoby naszym budżetem. Swoją drogą jak to możliwe, że Albańczyków stać na takie luksusy, a to podobno wcale nie jest jakiś trendy lokal. Kolejna nierozwiązana zagadka Albanii. Serdecznie dziękujemy za pomoc i idziemy w stronę centrum. Jesteśmy trochę głodni, rozpoczynamy więc poszukiwania jakiejś taniej knajpy. Mamy chyba szczęście, bo znajdujemy taką z bardzo miłym panem mówiącym trochę po niemiecku. W ramach dopieszczania klientów, właściciel włącza nam nawet Vivę Polska w tv – straszny chłam, ale udajemy, że jesteśmy wniebowzięci. Najedzeni ruszamy na podbój placu Skandenberga, czyli głównej „atrakcji” miasta. Oglądamy Bank
Albanii, meczet i inne zlokalizowane wokół placu budynki. Ja wchodzę do muzeum. Niestety mam tylko 30 minut na obskoczenie całości, a szkoda, bo w muzeum mają fajną kolekcję ikon, której zdecydowanie mógłbym poświęcić więcej czasu. Dziewczyny idą w tym czasie na dworzec sprawdzić pociągi do Durres. Tirana poraża nas ilością mercedesów na kilometr kwadratowy. Jest ich w mieście całe mnóstwo. Wygląda na to, że jeśli mieszkasz w Albanii i nie masz mercedesa to jesteś cieniasem. A może miłość do tej niemieckiej marki wynika po prostu z jej ogromnej trwałości? To w sumie przy stanie miejscowych dróg wcale nie jest bez znaczenia. Podobno tak duża ilość mercedesów to zasługa albańskiej mafii, która wyszukuje i sprowadza samochody tej marki z całej Europy. Wieczorem szwędamy się trochę po mieście by w końcu usiąść w jakiejś podrzędnej knajpce na piwo albo dwa.

03.05.

Dziś jedziemy nad morze do Durres. Miasto jest ulubionym miejscem letnich wypadów Tirańczyków. Od stolicy dzieli je tylko 40 km. Pociąg tę odległość pokonuje w godzinę. Podróż jest bardzo przyjemna, wagony niczego sobie, trochę podobne do naszych podmiejskich. Po wyjściu postanawiamy najpierw trochę się rozejrzeć po mieście i zastanowić się czy chcemy tu spać. Zostawiamy bagaże w jakimś biurze sprzedającym bilety na promy do Włoch i ruszamy “na miasto”. Kilkaset metrów od dworca trafiamy na hotel o znajomo brzmiącej nazwie Durres. Pokój nawet całkiem i cena też ok (16 Euro za trójkę). Jakby co to mamy już gdzie spać. Spacer wzdłuż morza uświadamia nam, że wcale nie chcemy w Durres zostawać na noc. Nabrzeże jest potwornie brzydkie z jednej strony niewielka plaża z drugiej ogromny plac budowy, na którym wyrastają potworne betonowe bloki. Istny koszmar. Brakuje tylko bunkrów. Idziemy jeszcze kawałek, i oto są ….długooczekiwane bunkry. Pełnia szczęścia. W sumie jak się człowiek przyzwyczai i patrzy tylko na morze, to nawet nie jest tak źle. Tylko jak tu patrzeć tylko na morze? Lunch zjadamy w jednej z nadmorskich restauracji. Wcinam pyszną rybkę, a dziewczyny zamawiają pizzę. Do tego bierzemy dwie butelki wina. W lokalu katują płytę z muzyką dla zakochanych w wersjach instrumentalnych. Atmosfera robi się nieco romantyczna. Po obiedzie ruszamy w stronę centrum, postanawiamy jeszcze dziś ulotnić się z Durres. Po drodze na dworzec zaglądamy jeszcze do antycznego amfiteatru. Zwiedzanie ciekawe, ale jak ktoś nie jest zbytnim miłośnikiem ruin to spokojnie może na całe zamieszanie zerknąć z zewnątrz. Potem rzucamy jeszcze okiem na kilka kolumn – pozostałości rzymskiego forum. Wyglądają dość kuriozalnie, szczególnie, że wkoło są same komunistyczne bloki. Nasz pociąg do Fier odjeżdża o 16:10, odbieramy więc bagaże i sadowimy się na peronie, a tu niespodzianka: pojawia się jakiś gościu z plecakiem Alpinusa, a potem jeszcze jedna grupa Polaków. Ciekawe tak nagle spotkać tylu rodaków i to w dwóch zespołach. Podróż do Fier trwa prawie 3 godziny, pociąg ma nawet przedziały, ale na przykład samo przejście pomiędzy wagonami jest już dziełem sztuki. W zasadzie, żeby przedostać się do następnego wagonu trzeba przeskoczyć, bo nie dość, że w podłodze straszy spora dziura, to jeszcze nie ma bocznych ścianek. Gdyby chociaż tory były proste to może nie byłoby to takie trudne, ale tak to wagony tańczą na trasie jak zaczarowane. Chyba nie mam tyle odwagi, żeby spróbować tego nowego sportu ekstremalnego. Na dworcu w Fier stoi tylko jedna taksówka. Pan rzuca na dzień dobry 1000 leków za przejazd w jedną stronę do Apolonii i nie chce opuścić. Postanawiamy na razie odpuścić i poszukać czegoś tańszego i słusznie. Kilometr od dworca znajdujemy postój taksówek z prawdziwego zdarzenia. Tu udaje nam się znaleźć transport do ruin za 800 leków. Na miejscu idziemy prosto do restauracji i pytamy czy możemy się koło nich rozbić. Zgadzają się bez mrugnięcia. Cóż za mili ludzie. Pokazujemy im nasz namiot, karimaty, śpiwory i czołówki. Wszystko budzi ogromne zainteresowanie. Postanawiamy zajrzeć jeszcze przed zamknięciem do restauracji i wypić lampkę wina.

04.05.

Rano zwijamy obóz. Mamy do zwiedzenia ruiny starożytnego miasta i bizantyjską cerkiew. Cerkiew jest całkiem fajna. W zasadzie to chyba nawet fajniejszy niż same antyczne ruiny. W sumie to z Apolonii za dużo nie ocalało. Posiadacze słabszej wyobraźni z pewnością będą mieli kłopoty z docenieniem ruin. Na dodatek wszystko pogarsza fakt, że archeolodzy, którzy próbowali miasto zrekonstruować mieli chyba słabość do betonu. W konsekwencji bardzo wyraźnie widać, że połowa ruin powstała w ciągu ostatnich lat. W sumie Apolonia niczym nie różni się od typowych w Albanii zabytków – trzeba mocno chcieć, żeby się nimi zachwycić. Zabieramy plecaki i na piechotę ruszamy do Fier, już po chwili łapiemy stopa do najbliższej wioski a stamtąd już zwykły furgon podrzuca nas do Fier. Kierowca wyraźnie boi się policji, bo strasznie kombinuje przed kontrolą drogową. W przypływie strachu postanawia nawet pojechać objazdem. Z jednej strony to dobrze, bo możemy z okien samochodu pooglądać życie albańskiej wsi. Z drugiej, można się domyślać, że drogi będą w fatalnym stanie i znowu tak nas wybuja, że będziemy mieli dosyć na cały najbliższy rok. I rzeczywiście nawierzchnia fatalna, co ja właściwie piszę, jaka nawierzchnia.. Te drogi w ogóle nawierzchni nie widziały. Takich wertepów to nawet pod Wąchockiem nie ma. Odkrywam kolejny fenomen Albanii. Na większości budowanych domów wisi albańska flaga i jakaś maskota bądź zabawka. Podobno ma to odstraszyć złe duchy. W Fier bus zatrzymuje się zaraz za torami kolejowymi, pytamy o bus do Berati i po 20 minutowym spacerze docieramy na ulicę, gdzie stoi poszukiwany przez nas środek transportu. Przejazd upływa w dość przyjemnej atmosferze. Po trochę ponad godzinie wysiadamy na głównym placu Berati. Rozpoczynamy poszukiwania noclegu. Okazuje się, że najtańszy w całym mieście jest hotel Gaga. Bierzemy. Zostawiamy bagaże i wychodzimy na miasto. Niestety pogoda nie sprzyja – jest pochmurno i szaro. Miasto jest bardzo fajne, szczególnie stara część. Berati wśród turystów przez swoje położenie nazywane jest miastem tysiąca okien. Najstarsze dzielnice rozpościerają się na dwóch wzgórzach, oddziela je niewielka rzeka. To w sumie jeszcze nic wielkiego, ale to górskie położenie powoduje, ze gdy patrzy się z jednego brzegu na drugi to widać setki okien budynków znajdujących się po drugiej stronie rzeki. Ale to nie wszystko. Wszystkie domy zbudowane są w ten sam sposób: białe kamienne ściany i czerwona dachówka. To powoduje, że Berati jest jedną z największych atrakcji turystycznych Albanii. Obie dzielnice tętnią życiem, wszystkie domy są do dziś zamieszkałe. Istne cudo. Pomiędzy tymi przepięknymi domkami, niczym rodzynki w cieście, mieszczą się cerkwie i meczety. Prawie do wszystkich można wejść i zdecydowanie warto skorzystać z okazji, bo jest co podziwiać. My zaczynamy zwiedzanie od Gorici – dzielnicy katolickiej, szwędamy się trochę po wąskich uliczkach, w końcu trafiamy do kościoła St. Spyridon. Tam postanawiamy się rozdzielić. Ja postanawiam wejść na szczyt wzgórza, gdzie podobno znaleźć można pozostałości ilyryjskiej twierdzy. Na dzień dobry mam spore trudności ze znalezieniem drogi. W końcu udaje mi się przebić przez jakiś ogródek i wejść do lasu. Wcale nie jest jednak łatwo. Podejście jest bardzo ostre, nie ma jakiejś wyraźnej ścieżki, a w ogóle jest bardzo ślisko. Po 20 minutach jestem na górze, widok bardo ładny. Tylko szkoda, że pogoda nie pozwala go w pełni docenić. Doskonale widać prawie całe miasto i położony na przeciwległym wzgórzu zamek. Udaje mi się też odnaleźć opisywane w przewodniku iliryjskie ruiny – tak jak się można było spodziewać – składają się z dwóch rzędów kamieni. Są nie oznaczone i nieopisane – a może to nie to? Zejście jest jeszcze trudniejsze niż wejście. Znowu mam problem ze znalezieniem porządnej ścieżki. Oj moja kontuzjowana noga to chyba odcierpi. Kilka razy ześlizguję się po trawie, a raz zjeżdżam na tyłku. Dopiero na samym dole trafiam na ścieżkę. Co za niesprawiedliwość, ścieżka jest bardzo szeroka i niezbyt stroma. Pewnie wspina się na sam szczyt, tylko okrąża go z drugiej strony góry (po zachodnim zboczu). Wracam do centrum, bo tam umówiłem się z dziewczynami. Aga postanawia wrócić do hotelu, a my z Mery ruszamy obejrzeć monastyr św. Michała. Monastyr położony jest w połowie zamkowego wzgórza. Z daleka wygląda jakby był zawieszony na skale. Tym razem znalezienie ścieżki nie nastręcza nam żadnych problemów i po chwili jesteśmy pod klasztorną furtą. Problem w tym, że jest zamknięta. No to klapa, ale okazuje się, że z klasztoru można pójść jeszcze wyżej i w ten sposób dotrzeć aż do zamku. Przynajmniej tak twierdzi nasz polski przewodnik. Ciekawe jak to zrobić, bo ściana jest praie pionowa, a mury zamkowe praktycznie nad nami wiszą. Ścieżka jest niezwykle stroma, a wejście przypomina już trochę wspinaczkę skałkową, ale zamiast skał trzymać musimy się traw i krzaków. A przecież dzisiaj padało. Idziemy na czuja, bo nie bardzo wiadomo czy tą drogą gdzieś dotrzemy. Po kilkunastu minutach jesteśmy na szczycie. Hmm wejść to jeszcze od biedy tędy można, ale żeby ktoś sugerował (tak jak przewodnik), że tędy można zejść to już zbrodnia. Oglądamy zamek i część zabudowań podzamcza. Jak na to co już widzieliśmy w Albanii, to Berati jest naprawdę niesamowite. Jest już dość późno. Postanawiamy więc iść do hotelu i wrócić na zamek następnego dnia. Tym razem kolację robimy sobie sami, wykorzystując nasza gazową butlę. Makaron z sosem i serem – jak w domu.

05.05.

Pogoda jest dziś znacznie lepsza – niebo prawie bezchmurne. Zaczynamy od wspinaczki na zamek, żeby nie płacić za wejście przemykamy się boczną bramą. Zresztą niepotrzebnie, bo kasa czynna jest dopiero od 10-tej. Na wzgórzu oprócz ciekawych fortyfikacji mieści się niewielka dzielnica, która wyglądem bardzo przypomina domy, które widzieliśmy na dole. Te są nawet ładniejsze. Gubimy się i na zmianę odnajdujemy w przepięknych uliczkach. Mary trochę się nudzi, postanawia zejść do Agi a ja chcę się jeszcze trochę pokręcić po okolicy. Przy okazji odwiedzam kilka cerkwi, a także cerkiew-muzeum Onufrego. W środku podziwiam całkiem ładne freski. Koło 10:30 postanawiam wreszcie zejść do Berati. Na dole już czekają dziewczyny Kręcimy się jeszcze trochę po mieście, a potem wracamy do hotelu, zabieramy rzeczy i idziemy na dworzec, czyli główny plac miasta. O 12-tej odjeżdża autobus do Elbasan. 2,5 godzinna podróż upływa nam bez większych ekscesów. W Elbasan przesiadamy się na pociąg i po następnych 2,5 godzinach wysiadamy w kolejnym mieście. Tam bardzo szybko udaje nam się zorganizować transport do przejścia granicznego (15 km). Koło 19-tej przekraczamy granicę. Żeby trafić na granicę trzeba odjechać od jeziora Ohrid i wjechać stromą górska drogą na górską przełęcz. Po stronie macedońskiej pojawia się pytanie czy potrzebujemy wizy. Na szczęście już nie. Panowie mają jeszcze problem z czytnikiem, ale są niezwykle mili i zabawni (Ej Johny? – woła do mnie celnik). Łapiemy taksówkę do Strugi, tam wyciągamy kasę z bankomatu i jedziemy następną taksówką (są w Macedonii dość tanie) do Ohrid. Tam chwilę szukamy kwatery. W całym mieście jest dużo ogłoszeń, więc ze znalezieniem noclegu nie ma problemu, jest tylko problem z ceną. Z pomocą przychodzi nam jakaś pani, która zagaduje czy nie potrzebujemy kwatery. Droga pani: “Z nieba nam pani spadła”. My pani chyba też, bo sama nie może uwierzyć, że z nią idziemy. Pani ma koło 50-tki i jest bardzo miła. Dogadujemy się po polsko – macedońsku. Kto by pomyślał, że po naszemu można się w tylu miejscach w Europie dogadać. Powoli dochodzimy do kwatery, tam poznajemy pana – męża naszej pani. Kilkanaście lat temu był w Polsce i gdzie przez miesiąc pracował w fabryce FSO. Warunki w naszym pokoju są bardzo ok. Płacimy po 7 Euro, dostajemy herbatę i kawę, którą razem z gospodynią spożywamy na balkonie. Po krótkiej pogawędce wyruszamy na podbój miasta. Ja mam ochotę na rybkę, ale dopiero po godzinnych poszukiwaniach restauracji dowiadujemy się, że od pewnego czasu wprowadzono zakaz połowu ryb. I cały misterny plan idzie się gonić. W takiej sytuacji decydujemy się na wizytę w pizzerii. A do kolacji zamawiamy dwie nieprzyzwoicie tanie butelki macedońskiego wina Kawadarki (litr za 12 zł).

06.05.

Wstaję rano, zostawiam dziewczyny na kwaterze i ruszam na zwiedzanie Ohrid. Najpierw na mojej trasie natrafiam na monastyr św. Klimenta. Stamtąd ruszam do Bramy Górnej. Po drodze rzucam okiem na amfiteatr i pędzę dalej do św. Klimenta i Pantelejmana. Niestety cerkiew jest zamknięta. Spoglądam więc z zewnątrz. Kawałek dalej można też obejrzeć fundamenty cerkwi z IV w. Chyba największe wrażenie robi na mnie św. Jovan at Kaneo. Niestety cerkiew podziwiam tylko z zewnątrz, bo też jest zamknięta. I tak warto było przyjść, bo cerkiew jest niezwykle pięknie położona – na skarpie tuż nad brzegiem jeziora. Po prostu super. Do tego widoki zapierają dech w piersiach. Szybkim krokiem wracam do centrum. Po drodze zaglądam do sporego monastyru św. Sofii, ale niestety jest… zamknięty. W międzyczasie trafiam na Marysię idziemy razem do św. Bogorodica Bolnica. Wejście kosztuje 100 MD. Mary odpuszcza i szkoda, bo w środku można obejrzeć naprawdę ładne freski, niektóre pochodzą z XVI wieku. Bezzębna staruszka, która sprzedała mi bilet, postanawia mnie nawet oprowadzić. Ciekawe czemu zawdzięczam tyle szczęścia. Może jestem pierwszym klientem? Któż to wie? Szkoda, że mamy tak mało czasu na zwiedzenie Ohrid, bo miasto ma spory potencjał, a okoliczne góry to już prawdziwe morze potencjału. Do tego wszystko to położone nad pięknym jeziorem – istne cudo. Szczególnie o poranku, kiedy jezioro spowite jest lekką mgiełką tajemnicy. My niestety musimy uciekać. Macedonia nie jest przecież naszym celem, po prostu była po drodze. Po tym co tu zobaczyliśmy postanowiliśmy, że jak tylko będziemy mogli to wrócimy. Zabieramy plecaki z kwatery i idziemy na dworzec. Tam rozkładamy rzeczy i czekamy na odjazd autobusu do Skopie. Po chwili koło nas pojawia się jakiś młody koleś z plecakiem – wygląda na backpackersa. Okazuje się, że jest Australijczykiem i od 7 miesięcy podróżuje po Europie. Ma dokładnie taki sam plan jak my. Chce spędzić popołudnie w Skopie, a wieczorem ruszyć nocnym autobusem do Sofii. Nie ma innego wyjścia musimy połączyć siły. Podróż do Skopie zajmuje nam trochę ponad 3 godziny, po drodze gadamy trochę o nim i o nas. W Skopie na dworcu zostawiamy bagaże i kupujemy bilety na dalszą część podróży. Potem ruszamy do centrum. Może to pogoda a może po prostu samo miasto jest brzydkie, ale Skopie nie robi na nas jakiegoś szczególnego wrażenia. Wręcz przeciwnie jest raczej szare i odpychające. Szwędamy się trochę po najstarszej części miasta w poszukiwaniu jakiś rodzynek w tym mało smacznym cieście, ale jakoś niewiele udaje nam się ich odnaleźć. Może ten brak zauroczenia wynika po prostu z głodu, może trzeba po prostu coś wkąsić. Znajdujemy dość przyjemną lokalną knajpkę i zamawiamy miejscowe żarcie. Kelner dość dobrze operuje angielskim, więc cała operacja przebiega sprawnie. To chyba nie był głód, bo nawet jak jestem najedzony to nie bardzo wiem co mam ze sobą zrobić. W Skopie nie ma chyba po prostu zbyt wiele do roboty. Z drugiej strony nie nastawialiśmy się na jakieś wielkie atrakcje, a i tak jesteśmy rozczarowani. A może to winna Ohrid. Tam było tak ładnie – tu jest tak delikatnie mówiąc średnio. Idziemy na zamkowe wzgórze. Po drodze oglądamy XV w. meczet. Ten jest rzeczywiście godny uwagi, szkoda tylko, że taki zniszczony. Jeszcze mniej zostało z zamku. Widok brzydki jak noc. A tu jakaś para robi sobie zdjęcie z panoramą Skopie. Cóż za masochizm. Czyżby nie było w okolicy nic ładniejszego niż widok socjalistycznych blokowisk? To znaczy, że sytuacja wygląda gorzej niż myślałem. Ze wzgórza dostrzegamy budynek poczty, jest bardzo charakterystyczny, bo kształtem przypomina wielkiego socjalistycznego insekta. Można by się zastanawiać czy insekt może być socjalistyczny, ale ten budynek udowadnia, że jest to jak najbardziej możliwe. Nie ma co w takich warunkach musimy się chyba czegoś napić. To jedyny sposób na przetrwanie – inaczej będzie z nami źle. Idziemy nad rzekę, po drodze zaglądamy jeszcze do jakiejś cerkwi, a tam ciekawostka – ślub. Przyglądamy się trochę ceremonii: piękne śpiewy no i wzruszający moment zamiany koron na głowie pary młodej – tak aby nie wiadomo było która jest czyja – teraz młodzi są jednością. Resztę dnia spędzamy siedząc nad rzeką i dyskutując. Przed północą idziemy na dworzec, gdzie wsiadamy w autobus do Sofii.

07.05.

W czasie drogi budzę się tylko na chwilę na kontrolę paszportową i wstaję dopiero koło 5-tej, gdy przyjeżdżamy do Sofii. W Bułgarii obowiązuje zmiana czasu i dzięki temu jest już 6 rano. Nie zmienia to jednak faktu, że spaliśmy krótko. Żegnamy się z Dougiem, który idzie przespać się do hostelu a sami postanawiamy przezimować trochę na dworcu autobusowym. Koło 7-mej zaczynamy się powoli ruszać w kierunku pobliskiego dworca kolejowego. Tam zostawiamy bagaże i idziemy na miasto. Po doświadczeniach ze Skopie Sofia wydaje się być piękna i chyba obiektywnie oceniając jest całkiem ładna. Do 14-tej kręcimy się po mieście, oglądając najważniejsze zabytki. W międzyczasie jeszcze raz spotykamy naszego Australijczyka i jeszcze raz się z nim żegnamy. Koło 14-tej ruszamy z dworca w kierunku uniwersytetu, skąd odjeżdża autobus na lotnisku (nr 84). O 17:30 odlatujemy do Bratysławy, gdzie lądujemy do 18:00 (po 1,5 h lotu). Zaraz jedziemy na dworzec, gdzie kupujemy bilety do Warszawy przez Breclav (w Czechach). Tam wsiadamy w Chopina jadącego z Wiednia. W Warszawie lądujemy koło 8-mej.