Maroko
sierpień 2005
Trasa:
Berlin-Malaga-Tanger-Meknes-Fez-Merzuga-Rissani-Marrakesh-Wodospady-Essouira-Marakesh-Tanger-Malaga-Berlin
Termin:
18.08. – 30.08.2005.
Uczestnicy:
Natalia N.
Julianna W.-M.
Lulu W.
Marysia W.
Informacje praktyczne:
-WIZY
Od kiedy Polska wstąpiła do Europy wiz do Maroka nie potrzebujemy.
DOJAZD
Najtańszym sposobem na dojechanie do Maroka jest autostop. Tym, którzy mają mniej czasu pozostaje samolot. Można szukać połączeń bezpośrednich do Maroka albo lecieć do Malagi w Hiszpanii, np. z Berlina (www.airberlin.com). Do Berlina najwygodniejszy jest dojazd pociągiem lub busem bezpośrednio na lotnisko (bardzo praktyczne – bus odbierze nas też po powrocie, niezależnie o jakiej porze wylądujemy; busy odjeżdżają sprzed dworca w Szczecinie). Z Malagi autobus do Algeciras odjeżdża co ok. godzinę, trzeba jedynie dopilnować, żeby jechał bezpośrednio. Promy do Maroka również kursują regularnie, ostatni koło północy.
POGODA
W sierpniu w Maroko jest bardzo gorąco. Trzeba z góry założyć, że sporą część dnia spędza się bez ruchu hotelu lub gdziekolwiek w cieniu. Najgorzej jest a pustyni, najprzyjemniej nad oceanem, choć tam może mocno wiać.
ZDROWIE
Przed wyjazdem zalecane są szczepienia na WZW B, WZW A, dur brzuszny, tężec, polio. Na miejscu pić powinno się tylko wodę butelkowaną.
PIENIĄDZE
Oprócz gotówki (Euro, Dolary) można zabrać też karty kredytowe i bankomatowe.
Patrz również: kursy i koszty podróży.
TRANSPORT W KRAJU
Drogi w Maroko są niezłe. Sporo autobusów jeździ na dłuższe trasy, np. całonocne. Niestety prawie zawsze jest jednak problem z dostaniem
biletów. Wygodnym sposobem przejechanie całego kraju z północy na południe lub z powrotem jest pociąg. Również tu wcześniej trzeba zadbać o bilety.
HOTELE
Hotele, nawet te najtańsze, są zwykle przyjemne i czyste. Latem nie warto przepłacać za pokój, najlepiej od razu poprosić o miejsce na tarasie (zacienione). Zwykle rozłożone są tam materace lub przynajmniej koce. W niektórych hotelach są kuchnie.
ATRAKCJE
Prawie każde miejsce w Maroko stanowi atrakcje. Warto zobaczyć medyny w miastach (Marrakesh, Fez, Meknes), góry, pustynię, ocean. W czasie dziesięciodniowego wyjazdu zdąży się odwiedzić podstawowy zestaw, warto jednak zostać dłużej.
BEZPIECZEŃSTWO
Z naszych doświadczeń wynika, że Maroko jest bardzo bezpiecznym krajem, również dla podróżujących dziewczyn. Liczne zaczepki są raczej
niewinne. Trzeba jednak pilnować torebek i portfeli.
Dziennik podróży:
18-19.08. Sopot-Malaga-Tanger-Meknes
Długi dzień. Jedziemy z Sopotu przez Szczecin do Berlina pociągiem i busem, stamtąd liniami AirBerlin lecimy do Malagi, dalej autobusem do Algeciras i na koniec płyniemy promem do Tangeru. W Afryce jesteśmy nad ranem, udaje się przekonać staż graniczną na statku, że Polska leży w Europie i wizy nie potrzebujemy. Nie ma jak wymienić pieniędzy, na szczęście znajdujemy działający bankomat. Jedziemy taksówką na dworzec autobusowy, jeszcze dziś chcemy dotrzeć do Meknes. Nie jest to takie proste, kolejne autobusy o 4 i 5.30 są pełne, tłumy kłębią się też pod zamkniętymi kasami. Na szczęście cztery blondynki zwracają na siebie uwagę i wyłapuje nas sam kierowca następnego autobusu, pilnuje żebyśmy się nie zgubiły, znajduje miejsca i wysadza w pobliżu dworca w Meknes. Przejście przez Medynę do wybranego hotelu (Nouveau) zajmuje nam godzinę, po raz pierwszy w czasie wyjazdu gubimy się wąskich uliczkach starego miasta. Ratują nas dopiero napotkani turyści, doprowadzają na miejsce. Rzucamy się na łóżka i przesypiemy większą część upalnego dnia. Popołudnie spędzamy krążąc po znanych już uliczkach, Medyna okazuje się nie być aż taka duża i skomplikowana. Cieszymy się architekturą, atmosferą, kolorytem i brudem, a nawet niewinnymi zaczepkami Marokańczyków. Po zmroku czujemy się już mniej bezpiecznie, ale udaje nam się szybko odnaleźć hotel. W pokoju panuje potworny zaduch, więc postanawiamy spać na dachu/tarasie – decyzja jest bardzo słuszna, od tej pory już w żadnym hotelu nie płacimy za pokój, tylko cieszymy się rozgwieżdżonym niebem nad głową.
20.08.
Meknes-Fez
Dzień trzeci. Staramy się zdążyć przed upałem i jeszcze coś zobaczyć rano. Zwiedzamy mauzoleum, fajną madrasę i łazimy po uliczkach. Koło południa zbieramy się na pociąg do Fezu. Spacerkiem (jeśli można tak nazwać coś podobnego do tempa żółwia z plecakiem w saunie…) przechodzimy przez nową, francuską część miasta. W nielicznym męskim towarzystwie raczymy się zimnym, drogim piwem – dostępnym tylko tu, nigdy na starym mieście, gdzie religię traktuje się poważnie. Z pewną trudnością odnajdujemy dworzec – jest ładny i czysty. Pociąg jedzie tylko 1h, ale brak klimatyzacji i tak doskwiera. W Fezie łapiemy autobus na stare miasto i Lulu zostaje niekwestionowaną bohaterką: gdy wysiadamy łapie za rękę kieszonkowca – już grzebiącego w torebce Tusi. Jej reakcja uratowała portfel z prawie wszystkimi pieniędzmi właścicielki, przy czym złapany na gorącym uczynku młody chłopak nawet się nie speszył. Od tej pory unikamy jazdy autobusami z plecakami. W średnim nastroju idziemy do hotelu. Miejsca na dachu są, w nocy jest nawet chłodno. Resztę dnia spędzamy w Medynie, jest większa i jeszcze ciekawsza niż ta w Meknes, choć może bardziej skomercjalizowana.
21.08.
Urodziny Tusi, Fez
Od rana krążymy po Medynie. Udaje nam się znaleźć, jakoś dziwnie na mapie zaznaczone, madrasy, meczety i oczywiście kolorowe garbarnie. Można je obejrzeć z góry za darmo z tarasu jakiegoś sklepu, ale my nie skusiłyśmy się na skórzane torebki, więc zapłaciłyśmy po piątce dirhamów tj. ok. 50 centów. Warto było, kadzie i pofarbowane skóry robią duże wrażenie. Najgorętszą część dnia spędzamy w cieniu w hotelu. Po południu oglądamy jeszcze dzielnicę żydowską, synagogę, biały żydowski cmentarz (wejście do obu miejsc płatne) oraz bramę do pałacu. A wieczorem obchodzimy urodziny Tusi, objadając się owocami i przyniesionym z daleka ciepłym piwem.
22.08.
Fez
W mieście pozostało niewiele zabytków do obejrzenia, a bilety mamy dopiero na wieczór. Idziemy na wzgórze nad Medyną, skąd jest fajny widok. Są tam też ruiny grobowców Merynidów, nawet fajne choć niewielkie. Wracamy przez Medynę do hotelu, skąd musimy się w wynieść o 14. Postanawiamy pójść do ogrodów miejskich wypocząć wśród zieleni. Jula i Lulu zostają tam pilnować plecaków, Mary i Tusia decydują się skorzystać z hammam, czyli tradycyjnej łaźni. Trafiamy akurat w czasie przeznaczonym dla kobiet. Wstęp jest tani, ale płacimy sporo za „opiekę”. Jest to bardzo dobry pomysł dla osób, które są w hammam pierwszy raz i nie do końca wiedzą co należy robić. Nami zajmuje się starsza, surowa Marokanka o wielkim brzuchu i piersiach – naga jak my. Wprowadza nas do najgorętszego pomieszczenia w sercu hammam i tam polewa nas wrzątkiem i smaruje tłustym brązowym mydłem. Pokój obok służy do dokładnego szorowania gąbką i mycia, my w cenie miałyśmy jeszcze masaż, mycie i czesanie włosów. Na końcu polewanie chłodną wodą. Rozkosz. Resztę dnia spędzamy na mieście. Przy wyjściu z ogrodów dozorca życzy sobie drobną opłatę, ale go ignorujemy. Znajdujemy tanią i tylko lekko obskurną restauracyjkę i jemy porządny marokański obiad: zupę harrara (pomidorowa z makaronem), shish-kebab, kuskus z kurczakiem i warzywami i oczywiście tajin. Pijemy też pyszną marokańską herbatę z mięty z dużą ilością cukru. Wieczorem wsiadamy do autobusu, gdzie jesteśmy świadkami awantury. Pewna kobieta nie kupiła biletów dla trójki dzieci, które zajmują miejsce siedzące. Cały autobus broni ja przed kierowcą, ostatecznie pasażerowie składają się na brakujące bilety. Później jest już spokojnie.
23.08.
Merzuga
Na dworcu autobusowym napada na nas chmara naganiaczy, proponując dojazd na pustynię i nocleg. Wybieramy jednego na chybił trafił, a później okazuje się, że wszyscy reklamują jeden i ten sam hotel. Przez 1,5 h jeździmy jeszcze po miasteczku, załatwiając miliony spraw i zbierając kolejnych turystów. Upchani jak sardynki w puszcze przez 45 min. jedziemy landroverem do hotelu przez kamienistą pustynię, poprzecinaną jedynie śladami kół. Dostajemy tam namiot dla siebie i zaczynamy negocjować cenę wycieczki na wielbłądach. Jest drogo: 350 dirhamów za całą noc, 200 za zachód słońca. Kilkudniowy wyjazd jest zdecydowanie poza naszym zasięgiem. Zwlekamy z decyzją, cały dzień leżymy w cieniu i umieramy z gorąca. Ostatecznie stanęło na wyjeździe tylko na zachód słońca na wydmy. Decyzja była dobra, gdyż jazda na wielbłądach jest owszem przyjemna, ale tylko na początku. Cała wyprawa udała się bardzo, nasi przewodnicy Mohammed i Azil byli bardzo sympatyczni. Sam zachód słońca niestety nie prezentuje się najlepiej, ale i tak wracamy do namiotu w świetnych humorach. Pijemy żołądkową gorzką patrząc w gwiazdy.
24.08.
Rissani
Spędzamy cały dzień w mieście, choć nie ma tu za dużo atrakcji. Jest potwornie gorąco. Decydujemy się na słynną pizzę berberyjską, po 2 h czekania dostajemy okropny placek z tłustym mięsem, cebulą i jajkiem. Nie kończy się to zbyt dobrze, mamy ostre problemy żołądkowe. Całonocna podróż autobusem nie poprawia sytuacji.
25.08.
Marrakesh
Po przyjeździe znajdujemy hotel z fajnym tarasem pełnym białasów. Zwiedzamy miasto, między innymi przepięknie zdobiony pałac z XIX w., większość dnia jednak przesypiamy, regenerując siły. Wybieramy się spacerkiem do Ville Nouvelle, ale nie ma tam nic ciekawego. Wieczorem zaskakuje nas tłum na głównym placu, można tam znaleźć wszystko, począwszy od soku ze świeżych pomarańczy a skończywszy na zaklinaczach węży. Robimy sobie tatuaże z henny na dłoniach i plecach, bardzo ładne.
26.08.
Wodospady
Raniutko wyruszamy nad wodospady – 4 h w jedna stronę autobusem i grand taxi. Bierzemy ze sobą plecaki, bo spotkane białasy bardzo nam reklamowali to miejsce – podobno można się kapać i „chilloutować”. Na miejscu od razu otaczają nas tłumy naganiaczy reklamujące swoje campingi. Jest południe, upał, pełno Marokańczyków, dla których jest to typowy cel weekendowych wyjazdów z rodziną. Schodzimy na dół, coraz więcej ludzi i coraz goręcej. Naszym oczom ukazuje się wodospad, woda jest mętna i brązowa, pełna dzieciaków. Nie do końca tego się spodziewałyśmy, zaczynamy się kłócić, czy zostać tu czy od razu wracać. Oganiając się od naganiaczy przechodzimy na druga stronę rzeki i próbujemy odejść jak najdalej od tłumu. W końcu siadamy w restauracji, zamawiamy coś do picia i zaczynamy spokojnie rozważać za i przeciw. Udaje nam się nawet wziąć kąpiel w rzece, oczywiście w pełnym stroju. Czujemy się lepiej, ale i tak decydujemy się na powrót do Marakkeshu – nie o taki „chillout” nam chodziło (nie rozumiemy też co robili tu znajomi turyści przez 5 dni). Wracamy pod górkę i próbujemy złapać grand taxi do miasta. Nie jest to łatwe, wszystko jest bardzo drogie, ostatecznie zabieramy się z pewnym Marokańczykiem i jego angielską dziewczyną. Droga trwa krócej tym razem – tylko 3 h.
27.08.
Essouira
Jedziemy dalej. Na dworcu autobusowym znowu kosmos z biletami. W Essouirze nie możemy znaleźć taniego hotelu, ostatecznie mały chłopiec prowadzi nas do siebie i dostajemy fajny pokój w prywatnym mieszkaniu. Miasto jest bardzo ładne, położone nad oceanem, otoczone grubymi murami. Jest też pełne turystów, miejscowych i przyjezdnych. Na plaży strasznie wieje, ale nie przeszkadza to tłumom
Marokańczyków opalać się w ubraniach. Jest zaledwie kilka dziewcząt w bikini i mocno zwracają na siebie uwagę. Podobnie jak my, więc szybko stamtąd uciekamy. Jemy jeszcze grillowaną rybkę w porcie – wybiera się jedną ze świeżych ryb leżących na stoisku, a uczynni panowie ją na miejscu grillują. Wieczór spędzamy w miłym towarzystwie dwóch Angielek, ubieramy się jednak cieplej – po raz pierwszy nie jest otumaniająco gorąco. Niestety na murach zaczepiają nas jacyś młodzi chłopcy i musimy się przenieść do pokoju. To jedyna tak nieprzyjemna przygoda w Maroku, choć zaczepiane jesteśmy co ok. minutę. Zwykle jednak jesteśmy tylko obsypywane komplementami
.
28.08.
Essouira
Rano idziemy na plażę, trochę dalej od centrum jest mało ludzi i można się nawet wykąpać. Podziwiamy też wielbłądy. Po południu usiłujemy kupić bilety na autobus, ale nie jest to łatwe. Wymaga stania w gęstym tłumie przez kilka godzin i cierpliwego czekania. Julka zaprzyjaźnia się z sąsiadkami w kolejce i ostatecznie udaje jej się dostać cztery bilety. Jedziemy znowu do Marrakeshu.
29.08.
Merrakesh
Cały dzień kręcimy się po mieście, zwiedzamy dzielnicę żydowską i grobowce, kupujemy pamiątki i prezenty w sukach. Marrakesh bardzo nam się podoba. Musimy już niestety wracać do Polski, ominie nas zwiedzanie Casablanki, Rabatu i bardzo popularnego wśród turystów Shew Shałam?. Nie dałyśmy też rady pojechać na południe od Marakeshu. Ale i tak było warto. Wieczorem wsiadamy do pociągu
jadącego na północ.
30.08.
Podróż
Dzień stresu. Zdążymy na samolot czy nie? Pociąg ma opóźnienie już jak rusza. W Tangerze jesteśmy późnym rankiem, bierzemy taxi do portu, prom odpływa o 10.00. Zmiana czasu sprawia, że w Hiszpanii w Algeciras jesteśmy grubo po południu, a samolot odlatuje za kilka dosłownie godzin. Jeszcze autobus do Malagi (2 h), taksówka na lotnisko i lecimy! Udało się
Koszty na osobę:
Koszty na miejscu na osobę = 18,5 USD
Kursy walut
1 USD = 8,5 dirhamów
