Namibia, Angola, Zambia, Zimbabwe, RPA
lipiec - sierpień 2005
Uczestnicy:
Bastek Domżalski,
Rafał O.,
Jola S.
Marysia Wejs,
Mateusz Z.
Termin:
06.07. – 15.08.2005
Trasa:
[Namibia] Windhoek – Sossusvlei – Walvis Bay – Swakopmund – Spitzkoppe – Cape Cross – Ugab Camp – Brandberg – Petrified Forest – Twyfelfontein – Opuwo (Himba) – Etosha – Grootfontein – Rundu – [Angola] Calai – [Namibia] Rundu – Mahango – Katima Mulilo – [Zambia] Sesheke – Livingston – [Zimbabwe] Victoria Falls – [Zambia] Livingston – [Namibia] Katima Mulilo – Waterberg Plateau – Otivarongo – Chitah Conservation Fund – Windhoek – Keetmanshoop – Quivertree Forest – Hobas – Fish River Canyon – Ai-Ais – Noordoewer – [RPA] Kapsztad – Simon’s Town – Cape of Good Hope – Kapsztad – Stellenbosch – Hermanos – Cape Agulhas – Frankenshoek – Stellenbosh – Kapsztad – [Namibia] Swakopmund – Windhoek
Informacje praktyczne:
- wiza – w Polsce nie ma ambasady Namibii, najbliższa znajduje się w Berlinie. Koszt jednorazowej wizy to 45 Euro, dwukrotnej 65 Euro. Znacznie taniej wizę do Namibii załatwić można w RPA (poniżej 20 Euro). Wiza do Zambii kosztuje 25 USD i można ją kupić na granicy. Koszt wizy do Zimbabwe to 30 USD
- transport – bez własnego samochodu poruszanie się po Namibii nie jest możliwe. Transport publiczny właściwie nie istnieje, a większość najważniejszych atrakcji i tak znajduje się poza głównymi szlakami, dlatego trzeba poruszać się samochodem. W RPA funkcjonuje dobra sieć połączeń autobusowych i wypożyczanie samochodu nie jest konieczne.
- wypożyczenie samochodu – najlepszy na namibijskie drogi jest samochód z napędem na 4 koła. Większość dróg można jednak pokonać zwykłymi samochodami (ważne jednak by miały wysokie zawieszenie. W czasie naszej podróży poruszaliśmy się 5 osobową Toyotą Condor wypożyczoną w Camping Car Hire (80 USD) w Windhoek. Znacznie taniej niż w Namibii samochód można wypożyczyć w RPA. W Kapsztadzie najtańszy samochód (wyłącznie na drogi asfaltowe) można było dostać już za (20USD).
- żywienie – zakupy spożywcze robiliśmy w supermarketach, które w Namibii znajdują się prawie w każdym mieście. Wszystkie posiłki przygotowywaliśmy we własnym zakresie gotując na wypożyczonej w Camping Car Hire kuchence gazowej (1 USD/dzień).
- noclegi – w Namibii większość noclegów spędziliśmy śpiąc na dziko w namiotach. Nocleg na kempingu kosztuje średni 5-8 USD. Warto wziąć ze sobą ciepły śpiwór, bo w nocy temperatura potrafi spaść do o stopni.
- kosztorys – wszystkie ceny podawane są w tej relacji w ujęciu na jedną osobę (przy założeniu, że przez pierwsze 3 tygodnie podróżowaliśmy w piątkę, a przez następne 3 tygodnie w dwójkę.
06.07. Windhoek – Sossusvlei (300 km)
O 7:00 rano koła naszego samolotu dotykają pasa startowego. Wychodzimy z samolotu i czekamy na naszych przyjaciół Jolę, Mateusza i Rafała, którzy przylecieli 3 dni wcześniej i mają nas odebrać naszym nowo wypożyczonym samochodem – pojawiają się przed 10 tą. Jedziemy do oddalonej o 40 km stolicy – Windhoek. Stamtąd w kierunku Reboth. W Reboth na stacji benzynowej tankujemy paliwo i zmniejszamy ciśnienie powietrza w oponach do 2 barów. Po przejechaniu około 70 km, na zakręcie, słyszymy nieprzyjemny odgłos: złapaliśmy gumę, i to całkiem poważną, bo nasza tylna opona jest w strzępach. Na szczęście mamy aż dwa zapasowe koła. Dzielimy się pracą i sprawnie…, no może dość sprawnie, zmieniamy koło i ruszamy w dalszą drogę. W okolice kempingu Sossuvlei docieramy koło 18:30. Jest już po zmroku. Na około 4 km przed celem, po lewej stronie mijamy mały przydrożny parking.. Podjeżdżamy i rozbijamy namioty na dziko, robimy kanapki i idziemy spać. Pierwsza noc w Namibii jest dość ciepła, ale strasznie wieje i musimy poprawiać mocowanie namiotu.
07.07.Sossusvlei – Dead Vlei (150 km)
Koło 6:30 opuszczamy nasze obozowisko i w ciągu 5 minut docieramy do bram parku, które otwierane są o wschodzie słońca (6:45). Po 10 minutach oczekiwania wjeżdżamy, wykupujemy pozwolenie i od razu ruszamy w dalszą drogę. Musimy jeszcze przejechać 60 km jazda dziurawym asfaltem. Zostawiamy samochód na parkingu i ostatnie 5 km pokonujemy na piechotę. Ten odcinek jest dostępny tylko dla samochodów z napędem na 4 koła. Po godzinie dochodzimy do końca drogi i po krótki odpoczynku ruszamy w kierunku Dead Vlei – otoczoną wydmami dolinę pełną wysuszonych drzew. Widoki są przepiękne Koło południa wracamy na kemping. Tam tankujemy i robimy niewielkie zakupy i jemy obiad. Następnie podjeżdżamy samochodem pod pobliski kanion. Docieramy akurat na zachód słońca. Jest to jednak trochę za późno jak na oglądanie tego miejsca. Najlepiej byłoby tu przyjechać dokładnie w południe, wtedy kiedy słońce oświetla największa część jego wnętrza. Oglądamy zachód słońca i spieszymy się na kemping, aby opuścić teren parku przed zamknięciem bram. Śpimy w tym samym mjescu co dnia poprzedniego.
08.07. Sossusvlei – Walvis Bay – Swakopmund (375 km)
Koło 13 tej docieramy do kolejnej atrakcji Namibii, czyli Walwis Bay. Miasto oglądamy z okien samochodu i ruszamy jakieś 5 km na południe do zakładu produkującego sól morską. Tam wchodzimy na chwilę na teren przedsiębiorstwa i podziwiamy śnieżnobiałe góry soli i kolonie flamingów. Stamtąd jedziemy do Swakopmund. Droga jest bardzo malownicza. Z jednej strony błękit wody a z drugiej piasek, w środku jedyna oznaka cywilizacji – asfaltowa droga. W Swakopmund rozbijamy się na kempingu przy hostelu Desert Sky i idziemy zwiedzać miasto. Przy okazji dowiadujemy się o rozrywki na następny dzień: jazda na kładach po wydmach kosztuje 400 N$, sandboarding na zwykłej desce 200 N$, a na desce snowboardowej 300$. W międzyczasie oglądamy atrakcje turystyczne miasta. Nie robią jednak na nas większego wrażenia, no może poza starym dworcem kolejowym z 1901 roku, który kilka lat temu zamieniony został na luksusowy hotel. Trafiamy także nad wybrzeże, gdzie w restauracji Lighthouse zjadamy pyszne owoce morza i oglądamy zachód słońca.
09.07. Swakopmund – Spitzkoppe (140 km)
Wstajemy o 7:30. Idziemy do biura zarezerwować atrakcje na dziś. Niestety tak jak nas ostrzegano z powodu wiatru zarówno kłady i zjazdy z wydm zostają przesunięte na popołudnie. Postanawiamy więc z nich zrezygnować. Wracamy do hostelu, zwijamy obóz, dzielimy się na zespoły i załatwiamy zakupy, Internet, kupujemy nową oponę i wymieniamy pieniądze. Koło 12-tej wyruszamy w kierunku masywu Spitzkoppe. Z niej skręcamy w szutrową D 1918 i zaraz w prawo w D 1930. Po 27 km skręcamy w lewo i po kolejnych 13 km dojeżdżamy do bramy wjazdowej na teren parku. Płacimy opłatę za kemping. Ponieważ zwalnia nas to z opłaty za wstęp nocleg wychodzili tylko trochę drożej niż normalnie. Miejsca noclegowe są naprawdę ładnie położone, zazwyczaj ukryte w wśród ogromnych skał. My postanawiamy rozbić się na północnym-zachodzie, blisko samego Spitzkoppe, tak, aby wieczorem móc podziwiać zarówno zachód słońca jak i oświetlony przez promienie masyw. Zostawiamy samochód i postanawiamy obejść całą górę. Mamy jeszcze 2h do zachodu słońca, czyli czasu na styk. Szybkim krokiem ruszamy ku nowej przygodzie. W czasie drogi rozdzielamy się na dwa zespoły i tracimy z oczu Jolę i Rafała. Trasa zajmuje nam zdecydowanie więcej niż przewidywaliśmy. Nasza trójka do obozu dociera już po zmroku. Reszta będzie pewnie miała problemy ze znalezieniem obozu, postanawiamy więc wyjść im naprzeciw. Ja zostaję przygotowywać jedzenie, a Mateusz idzie szukać zagubionej gromady. Mija 30 minut, niestety nadal ich nie ma. Postanawiamy użyć do poszukiwań samochodu. Jedziemy kilkanaście minut i w końcu dostrzegamy światło latarki, szczęśliwie wzięli ją ze sobą, ale i tak od obozu dzieliła ich jeszcze prawie godzina marszu. Okazało się, że zaraz na początku wędrówki wspięli się na jedną ze skałek i tam oczekiwali na zachód słońca, a potem musieli całą drogę pokonać po ciemku.
10.07.Spitzkoppe – Cape Cross – Ugab Camp (280 km)
Wstajemy przed 8-mą. Zwijamy obozowisko i jedziemy podziwiać pozostałą część masywu. Zaczynamy od samego Spitzkoppe oświetlonego przez promienie wschodzącego słońca, potem skalne malunki w Small Bushmen’s Paradise. Na koniec jedziemy do miejsca o nazwie Bushmen’s Paradise, niestety tam nie udaje nam się odnaleźć żadnych rysunków, ale to i tak jesteśmy zadowoleni z wizyty, bo krajobraz jest bajkowy. Masyw opuszczamy przez zachodnią bramę, wyjeżdżamy na drogę D 1918 i nią docieramy nad ocean. W ciągu 100 km odcinka wzdłuż drogi udaje nam się naliczyć ogromną ilość porzuconych części samochodowych: 48 gumowych opon, 2 tłumiki, 1 szybę i 1 zderzak. Niezłe żniwo. My kierujemy się na północ 55 km aż to Cape Cross. Tam oglądamy replikę XVI w krzyża i strasznie śmierdzącą kolonię fok. Dzięki negocjacyjnym zdolnościom Mateusza, udaje nam się wykupić bilety ze zniżką, dla obywateli RPA. Ruszamy w dalszą drogę kierunku Ugab Camp szutrową D 2303. Ostanie kilka kilometrów to prawdziwy test dla naszego samochodu. Droga zaczyna skręcać w bardzo górzysty teren, jest wąska, miejscami wystają na niej duże ostre kamienie, miejscami musimy przejechać bardzo piaszczyste odcinki. Sam kemping wygląda zupełnie jak z filmu Mad Max. Obozowisko zrobione jest z różnego rodzaju metalowych odpadów i złomu. To tu to tam zobaczyć można zrobione ze złomu metalowe zwierzęta, żyrafę, słonia nawet strusia z głową w piasku. Niestety dowiadujemy się, że na słonie i nosorożce, które chcieliśmy tu zobaczyć nie ma co liczyć. Wyschła rzeka, więc zwierzęta są daleko. Ale i tak miejsce jest co najmniej „księżycowe”.
11.07.Ugab Camp – Brandberg – Petrified Forest (290 km)
Rano zwijamy obóz i wchodzimy na jeden okolicznych szczytów. Widok utwierdza nas w przekonaniu, że jesteśmy w Mad Maxie. Tylko w której części? Schodzimy na dół i opuszczamy nasz obóz. Musimy jeszcze raz pokonać 10 km odcinek wertepów, a potem 80 km też nie najlepszą drogą klasy D, by dojechać do trasy klasy C i dopiero na niej udaje nam się przekroczyć prędkość 60 km/h. Po drodze w Uis dopełniamy obowiązku tankowania i jedziemy pod masyw Brandberg. Tam wraz z obowiązkowym przewodnikiem wyruszamy na 2 godzinną wycieczkę do rysunków naskalnych zwanych White Lady. Decydujemy się na trochę dłuższą i trochę droższą wersję zwiedzania. Dzięki temu, oglądamy dodatkowo jeszcze dwa inne, trochę gorzej zachowane naskalne rysunki. Z Brandberga, ruszamy w stronę Koraxis. Tam tankujemy i robimy zakupy. Miasto robi dość nieciekawe wrażenie, ma za to bardzo kolorowych mieszkańców. Postanawiamy przespać się na położonym na obrzeżach państwowym kempingu.
12.07. Petrified Forest – Twyfelfontein – Warmquelle (300 km)
Po 50 km docieramy do Petriffied Forrest, tam przez 30 minut oglądamy skamieniałe przed milionami lat drzewa. Po około 1 h docieramy do kolejnej atrakcji turystycznej Namibii – Twyfelfontein, gdzie podczas 45 minutowej wycieczki z przewodnikiem oglądamy rysunki naskalne, są to raczej rzeźbienia, inne od tego co widzieliśmy w White Lady. Stamtąd jedziemy do Palmwag. Droga jest dość dobra. Samo Palwag to właściwie tylko stacja i kilka drewnianych chat. Jakieś dwa kilometry za wioską Warmquelle zbaczamy z drogi, parkujemy samochód za krzakami i rozbijamy się na dziko.
13.07.Warmquelle – Opuwo (Himba) (230 km)
Budzimy się po 6-tej. Wychylam się z namiotu i spostrzegam stado pasących się niedaleko antylop. Po śniadaniu jedziemy do wioski Warmquelle, aby obejrzeć wodospad Ongogo. Jest on położony 8 km od wioski na południowy-wschód. Drogaprowadząca do tego miejsca, jak na Namibię, jest w fatalnym stanie, warto się jednak przemęczyć, bo miejsc takich jak to (czyli pełnych wody) w Namibii jest naprawdę niewiele. Dwu metrowy wodospad wpada do niewielkiego basenu, w którym można się wykąpać. Stamtąd 30 minutach docieramy do Sesfontein. Miasto wygląda jak tutejsze wioski, tylko jest trochę większe. Ma sklep i stację benzynową. Jakieś 50 metrów od tej drugiej znajduje się dawny niemiecki fort, który obecnie przerobiony został na ekskluzywną lodge. Oglądamy budynek, wchodzimy do środka, zaglądamy też na znajdujące się przy forcie 3 nagrobki niemieckich żołnierzy. O 12:00 wyjeżdżamy z miasta w kierunku Opuwo. Po drodze musimy pokonać stromą przełęcz. Na szczęście najbardziej newralgiczny moment został wyasfaltowany, ale nasz samochód i tak nie może sobie z nią poradzić i na czas podjazdu musimy z niego wysiąść, aby zmniejszyć obciążenie. Około 15:30 dojeżdżamy do Opuwo. Miasto jest strasznie barwne, zwłaszcza dzięki ludności docierającej tu z okolicznych wiosek na zakupy. Idziemy do biura informacji turystycznej, gdzie umawiamy się na przedwieczorną wycieczkę do wioski plemienia Himba. Zamiast początkowych 300 N$ wytargowujemy 180 N$. Uzupełniamy nasze zakupy, zabieramy przewodnika i jedziemy kupić prezenty dla wodza wioski: różnego rodzaju produkty spożywcze oraz tytoń. Pobyt w wiosce dostarcza niezapomnianych wrażeń, ale pozostawia też mieszane uczucia. Jesteśmy zauroczeni kolorem skóry mieszkańców, którzy pokrywają swoją skórę w celach ochronnych ochrą i uzyskują w ten sposób jej czerwone zabarwienie. Robimy ogromną ilość zdjęć – zwłaszcza dzieciom, które są bardzo przyjacielskie i niezmiernie zainteresowane egzotycznymi gośćmi. Z drugiej jednak strony czujemy się trochę dziwnie to tak jakby odwiedzać skansen, a nasza wizyta ma z pewnością niszczący wpływ na tę odmienną kulturę. Powoli zaczyna się ściemniać, opuszczamy więc wioskę, odwozimy naszego przewodnika do centrum, a sami wyjeżdżamy za miasto i rozbijamy się kilka metrów od drogi.
14.07. Opuwo (Himba) – Etosha (430 km)
Dzień upływa, bo znakiem ubocznych skutków Lariamu, który wzięliśmy poprzedniego dnia. Jedziemy do Etoshy, najpierw C 41 potem C 35. Droga wygląda jak wytyczona z linijką na mapie, kilometrami ciągnąca się prosta, właściwie bez zakrętów. Koło 16 tej dojeżdżamy do Kamanjab, robimy zakupy i ruszamy w dalszą drogę. Idzie nam dość gładko, bo zaczyna się asfalt. Jakieś 10 km za Outjo rozbijamy się na jednym z przydrożnych parkingów.
15.07. Etosha (210 km)
Wstajemy po 6-tej i ruszamy do Etoshy. Przy wjeździe dowiadujemy się, że na terenie całego parku należy pozostać w samochodzie, a limit prędkości wynosi 60 km/h. Zaraz za bramą pojawiają się pierwsze antylopy. Dojeżdżamy do Okaukuejo i tam na kempingu rozbijamy namioty. Potem zaglądamy do znajdującego się na kempingu wodopoju. To co tam widzimy przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania – całe mnóstwo zwierząt. Ponieważ jednak poza antylopami i zebrami nie ma innej zwierzyny brak, postanawiamy ruszyć w teren w ich poszukiwaniu. Jedziemy do wodopoju Okondeka. Po drodze zwierząt jest niewiele, za to przy wodopoju całe mnóstwo. Są oczywiście antylopy i zebry, ale dodatkowo widzimy także żyrafy i strusie. Następnie ruszamy na zachód do lasu morengowego, ale nie robi na nas specjalnego wrażenia. Wracamy więc do obozu. Tuż przed zachodem słońca idziemy do wodopoju, tam ku naszej radości pojawiają się dwa słonie i trzy nosorożce, w tym jeden malutki. Oczywiście wkoło nich krążą różne gatunki antylop. Musimy jednak przerwać oglądanie, bo jesteśmy strasznie głodni. Po posiłku wracamy nad wodę by przy sztucznym świetle reflektorów kontynuować oglądanie. Na początku nie ma właściwie niczego interesującego… no może poza stadkiem antylop, ale też zdążyły nam już spowszednieć. Nie przejmujemy się i czekamy cierpliwie. I opłaca się, bo z czasem pojawia się słoń, nosorożec, żyrafy a na koniec oglądamy jak lwica próbuje upolować antylopę. Koło 3 rano przy wodopoju robi się zupełnie pusto. Mój początkowy plan spania na ławce przy wodopoju, zostaje storpedowany przez krążącego w pobliżu strażnika. Gdy rozkładam śpiwór na ławce, podchodzi i kategorycznie stwierdza: „There is no need to sleep here”.
16.07. Etosha (140 km)
Wstajemy rano i profilaktycznie zaglądamy do wodopoju. Nie dzieje się tam jednak nic ciekawego. Spokojnie jemy więc śniadanie, zwijamy i okrężną drogą, zahaczając o różne wodopoje, jedziemy do Halali. Znowu widzimy mnóstwo zwierząt. W Halali rozbijamy więc namioty i robimy sobie małą przekąskę. Wieczorem idziemy do wodopoju, gdzie przy sztucznym świetle obserwujemy pijące wodę dwa słonie, gdy nagle pojawia się jeszcze 16 (z tego kilka malutkich). Super, do tego przychodzi jeszcze nosorożec, którego słonie próbują przegonić.
17.07. Etosha – Grootfontein – Rundu (600 km)
Rano jak zwykle budzimy się później niż planowaliśmy. 8:20 jesteśmy gotowi do wyjazdu. Jedziemy na wschód do granic parku, po drodze zwiedzamy kilka wodopojów (głównie z antylopami). W końcu opuszczamy parki i wjeżdżamy na asfaltową drogę, którą docieramy do Tsumeb. Tam robimy zakupy i dalej w trasę do Grafontein. Po drodze zbaczamy z głównej drogi, aby zobaczyć fragment meteorytu Hoba. Jest to sześcienna bryła 3×3 metry – podobno największy na świecie kawałek meteorytu. Jeśli ktoś jest w pobliżu to warto tu zajrzeć. My jedziemy dalej na północ. Droga jest w zasadzie prosta niczym drut. Nie ma prawie żadnego zakrętu. Po obu jej stronach pełno jest różnych chałup, osiedli i wiosek, zupełnie nie ma szans na nocleg na dziko, nawet przy bocznej drodze. To zupełnie inna Namibia. Ostatecznie decydujemy się na dojazd do Rundu i tam znajdujemy kemping nad rzeką z widokiem na Angolę.
18.07. Rundu – Mahango – Katima Mulilo (300 km)
Dzień rozpoczynamy od wizyty w Angoli. Od naszego kempingu (Ngandu Safari Lodge) do przejścia granicznego jest jakieś 20 minut spokojnym spacerkiem. Granica mieści się tuż nad brzegiem rzeki. W środku przestronnego namiotu siedzi dwóch strażników i spisuje dane
osób chcących przekroczyć granicę. Ustawiamy się w kolejce i czekamy. Gdy nadchodzi nasza kolej wyłuszczamy nasz problem. Chcemy wjechać do Angoli na jakieś 2 godziny (Dziwnym zbiegiem okoliczności nie wspominamy, że nie mamy potrzebnych wiz). Strażnik jest raczej niechętnie nastawiony do naszego pomysłu. Gdy uparcie obstajemy przy swoim i twierdzimy, że znamy portugalski więc sobie poradzimy daje się przekonać. Prosi abyśmy chwilę poczekali, a on zawoła kolegę z angolskiej strony, który będzie nas eskortował. Po około 30 minutach pojawia się ubrany w niebieski mundur żołnierz. Na dzień dobry postanawia sprawdzić nasze zdolności językowe. Te jak można przypuszczać były trochę naciągane. Ogólnie wszyscy znaliśmy podstawy hiszpańskiego, a tylko Mateusz znał trochę portugalskiego. Na szczęście facet był dość wyluzowany, Mateusz choć w zasadzie nic nie rozumiał szybko przejął inicjatywę w dyskusji. Ujął też strażnika swoją pewnością siebie, bo ten zabrał nas ze sobą na drugą stronę rzeki. Tam spisał nasze dane i ku naszemu zdziwieniu puścił samopas. Rozglądamy się po mieście i na pierwszy rzut oka widać różnice z Namibią. Większości to drewniane lepianki. Najciekawsze są jednak nieliczne budynki z cegły, bo oprócz murów często nie mają nic więcej. Np. w komisariacie policji i w budynku szkoły nie ma okien ani połowy dachu. Zwiedzamy fotografujemy wioskę i jej mieszkańców. W pewnym momencie, gdy siadamy pod sklepem pojawiają się policjanci i po krótkiej rozmowie zabierają nas na komisariat. Nie bardzo wiemy co się dzieje. Pojawia się kilku ważnych mundurowych i każą na coś poczekać. Po kilkunastu minutach okazuje się że czekaliśmy na tłumacza Ten wyjaśnia nam, że policję zaniepokoiła nasza obecność a szczególnie to, że robimy tak dużo zdjęć. Pada seria pytań o to jak się do Angoli dostaliśmy, czy byliśmy w konsulacie, gdzie mamy wizy no i kluczowe dlaczego nie zarejestrowaliśmy się na policji. Po kilkunastu minutach tłumaczeń pada też długo oczekiwane pytanie: co fotografowaliśmy. Na szczęście na to byliśmy przygotowani. Od razu wyciągamy cyfrówkę Rafała, gdzie mamy zdjęcia. To przesądza sprawę, a nasza przygoda kończy się na pouczeniu i spisaniu naszych danych. Trochę wystraszeni i zestresowani opuszczamy komisariat i wkrótce Angolę. Z kempingu ruszamy w trasę. Po 200 km docieramy do parku Mahango. Jest już koło 4-tej, więc do zachodu słońca nie mamy już zbyt wiele czasu. W parku udaje nam się przekonać panią, że warto nam dać zniżkę i koniec końców wjeżdżamy jako 4 obywatele RPA i oszczędzamy 65 N$. W parku jest raczej pusto. Pojawiają się tylko antylopy, dopiero nad rzeką widzimy hipopotama i krokodyla. Najwięcej zdjęć robimy wielkiemu baobabowi. Wyjeżdżamy tuż po zachodzie Postanawiamy jechać dalej i przejechać przez park, drogą którą jeszcze 3 lata wcześniej trzeba było pokonywać w konwoju. Teraz też jest niebezpiecznie, ale dlatego że na drogę wyskakują nam dzikie zwierzęta (raz nawet kilkunastoosobowe stado słoni). Śpimy na dziko, kilometr od wioski i głównej drogi tuż przed miastem Katima Mullio.
19.07. Katima Mullio
Rano zwijamy się szybko i jedziemy do Katima Mullio. Tam przez przypadek mijamy firmę o polsko brzmiącej nazwie. Domyślamy się, że to warsztat samochodowy Polaka, o którym opowiadał nam spotkany w Rundu Niemiec. Postanawiamy zajrzeć. Przyjęcie jest dość chłodne, bo Robert Maciej nie mówi po polsku, choć jego rodzice rzeczywiście byli z Polski, ale jeszcze przed jego urodzeniem przeprowadzili się do Niemiec. Po chwili rozmowy okazuje się być jednak bardzo miłym facetem. Po krótkiej pogawędce wyjeżdżamy w kierunku Botswany. Na granicy jedziemy najpierw do posterunku botswańskiego, żeby dowiedzieć się czy na tranzyt do Zimbabwe też potrzebujemy wizy. Urzędnik twierdzi, że nie będzie żadnego problemu z wjazdem. Zawracamy więc do Namibii, załatwiamy formalności wyjazdowe i znów jedziemy do Botswany. Tam pojawia się problemy. Pan urzędnik uświadamia sobie, że Polacy potrzebują wizę do Botswany tak jak 115 innych państw. Próbujemy go przekonać, że jesteśmy z Unii Europejskiej, a ta nie potrzebuje wiz. To nic nie daje. Co gorsza nie ma czegoś takiego jak wiza tranzytowa. Czyli przy naszym wariancie wjeżdżania do Zimbabwe i powrotu do Botswany na wizy wydamy 200 $. Postanawiamy więc diametralnie zmienić plany, wracamy do Namibii. Po drodze, na posterunku namibijskim anulujemy wyjazd z Namibii – opowiadając jacy to Botswańczycy są nieludzcy. Wracamy 70 km do firmy Roberta, gdzie chcemy zostawić nasz samochód. (Niestety nie możemy do Zambii jechać samochodem, bo nie mamy stosownego pozwolenia). Pytamy czy możemy zostawić u niego samochód na kilka dni. Robert jest bardzo pomocny, nie robi problemów, dowiaduje się też o autobusy z punktu granicznego. Okazuje się, że z Shesheke do Livingston jeździ jeden autobus o 8:00, więc Robert proponuje nam nocleg i poranne podwiezienie do granicy. Jedziemy do niego do domu, tam dostajemy kawałek podłogi na strychu. Potem przebieramy się w kostiumy i jedziemy razem kąpać się w Zambezi. Rzeka jest bardzo rwąca, więc dla asekuracji cały czas trzymamy się przywiezionej przez Roberta liny. Kąpiel jest krótka, bo woda jest dość zimna. Stamtąd wracamy do domu, gdzie robimy afrykańskiego grilla.
20.07. Katima Mulilo – Sesheke – Livingston
Wstajemy o 5:30, zwijamy manatki i razem z Robertem jedziemy do granicy, nasza Toyota zostaje u niego w warsztacie. My przechodzimy granicę, taksówką docieramy do Sesheke. Tam łapiemy autobus do Livingston. Jest afrykańsko. Zambia w porównaniu z Namibią to zupełnie inny świat. Przed 12-tą lądujemy w Livingston znajdujemy hostel Jolly’s Backpackers Potem idziemy do urzędu wizowego, aby załatwić sobie możliwość powtórnego wejście do Zambii (płacimy tylko 1$). Idziemy na główny plac a stamtąd busem ruszamy w kierunku granicy. Na piechotę przekraczamy granicę, po drodze podziwiając śmiałków skaczących na bungee. Aby wejść do Zimbabwe musimy kupić wizę za 30 USD, a później jeszcze 20 USD za wejście na wodospady. Całkiem droga ta wycieczka. Wodospady są naprawdę wielkie, woda spadająca ze 100 metrów wysokości powoduje straszny hałas i robi niesamowite wrażenie. Po wodospadach idziemy na chwilę na stronę Zimbabwe. Kupujemy piwo i wracamy z nim na granicę (W Zimbabue podobno nie można pić w miejscach publicznych). Samo miasto Vic Falls jest zupełnie nie potwierdza naszych wyobrażeń o Zimbabwe, ale pewnie jest takie rozwinięte i zadbane, bo to najbardziej turystyczne miejsce w całym kraju. Same luksusowe restauracje i hotele, wszystko trochę kiczowate.
21.07. Livingston
Dziś jedziemy na rafting, który wykupiliśmy poprzedniego dania w hotelu (95$). Transport odbiera nas o 7:30. Po drodze strasznie marzniemy, to przez brak szyb w naszej ciężarówce. Po kilkunastu minutach jazdy lądujemy w Waterfront Lodge. Gdzie mamy zapłacić pieniądze i zjeść śniadanie. Dostaliśmy też sprzęt i zostaliśmy poinstruowani jak go używać. Stamtąd czekał nas krótki dojazd do wodospadów, gdzie zaczyna się rafting. Wsiadamy na ponton i zaczyna się zabawa. Mamy super przewodnika (Stana). I choć w przeciwieństwie do innych drużyn nie udało nam się wywrócić tratwy to i tak warto było pojechać. Na koniec musimy wspiąć się po stromym zboczach kanionu, na samej górze czeka na każdego butelka piwa lub innego napoju. Droga powrotna zajmuje 1 godzinę i prowadzi strasznymi wybojami. W hostelu jesteśmy już po zachodzie słońca.
22.07. Livingston
O 10 tej mamy jechać darmowym transportem z hostelu na wodospady. Jest jednak tak wielu chętnych, że łapiemy się dopiero na trzecią turę i na wodospady docieramy koło 11:00. Od strony Zambii wodospady wyglądają inaczej niż w Zimbabwe. Ale po zastanowieniu stwierdzamy, że oglądanie wodospadów od strony Zimbabwe nie jest chyba warte 30$ wizy i 20$ wstępu. Po paru godzinach wychodzimy z parku i idziemy na most. Tam kibicujemy Rafałowi, który mierzy się ze 115 metrowym mostem na Zambezi (115 $). Skok na bungee z takiej wysokości wygląda rzeczywiście niesamowicie. Z wodospadów jedziemy taksówkom do farmę krokodyli. Jedziemy w piątkę w czteroosobowym samochodzie. Niestety zatrzymuje nas policja. Gdy ją zauważamy próbujemy ukryć Mata za moim plecakiem. Policjant był jednak bardzo spostrzegawczy, bo jego pierwsze pytanie do Mata brzmiało: „Why did you pretend to be a bag?” Na szczęście udaje nam się jakoś wykręcić. W końcu docieramy na farmę krokodyli i węży. Pod wieczór wracamy do hostelu, robimy zakupy, jemy kolację, znów jedziemy na wodospady. Dziś księżyc jest w pełni, dzięki temu mamy zobaczyć jedyną w swoim rodzaju tęcze przy świetle księżyca. Nad wodospady docieramy już po zachodzie słońca, płacimy po 2$ wstępu Powoli wschodzi księżyc i pomału pojawia się tęcza. Jest niesamowita, widok jedyny w swoim rodzaju, co ciekawe jest czarno-biała, a dopiero na zdjęciach widać kolory. Po 10 tej opuszczamy wodospady i wraz z obsługą parku jedziemy do hostelu.
23.07. Livingston – [Namibia] Katima Mulilo – Durundu (340 km)
Dziś dzień powrotu do Namibii. Łapiemy odjeżdżający o 10-tej autobus do Shesheke. Na granicy szybko załatwiamy formalności i łapiemy taxi do Katima Mulilo, gdzie lądujemy o 13:30. Zabieramy nasz samochód i ruszamy w ostatni etap naszej samochodowej wyprawy do Windhoek. Całe popołudnie spędzamy w drodze. Pod wieczór docieramy do Durundu, tam 10 km za miastem zjeżdżamy w boczną drogę i rozbijamy się na dziko. Jesteśmy chyba dość blisko osiedli, bo całą noc słychać przeróżne odgłosy.
24.07. Durundu – Waterberg Plateau (620 km)
Rano odwiedza nas niespodziewany gość: młody chłopak z okolicznej wioski prosi o datek na budowę szkoły, trochę zaskoczeni odprawiamy go z kwitkiem. Jemy śniadanie, pakujemy samochód i ruszamy w drogę. Jest 8:30. Do Rundu docieramy przed 11-tą. Tankujemy i ruszamy więc w drogę do Groofontein. Koło 15 tej mijamy miasto i 30 km później skręcamy w lewo na D 2804. Po godzinie jazdy podrzędną drogą i sforsowaniu kilku bram, naszym oczom pojawia się upragniony cel Waterberg Plateu. Niestety na miejsce przyjeżdżamy trochę za późno i jasne jest, że nie zdążymy dotrzeć na płaskowyż na zachód słońca. Postanawiamy wyluzować i przełożyć wspinaczkę na płaskowyż na dzień następny.
25.07. Waterberg Plateau – Otivarongo (270 km)
Wstajemy po 5-tej, jeszcze po ciemku wyruszamy na trasę Mountain View na szczyt płaskowyżu. Na miejsce docieramy po 45 minutach. Koło 6 tej wschodzi słońce, niestety przysłania je kawałek płaskowyżu, ale też jest ładnie. Schodzimy do kempingu zwijamy obóz i ruszamy do Chitah Conservation Fund. W tym celu jedziemy do Otivarongo i 500 m na północ od miasta skręcamy w D2440, jeszcze tylko 40 km kiepskim szutrem i jesteśmy na miejscu. W godzinę zwiedzamy ośrodek, małe muzeum i oglądamy kilka z 31 gepardów. Postanawiamy jednak zaczekać do 14 tej, kiedy odbywa się karmienie gepardów. Z ośrodka wyruszamy o 14:30 z powrotem do Otivarongo i dalej w kierunku farmy ze śladami dinozaurów. Śpimy gdzieś w jej pobliżu.
26.07.Otivarongo – Chitah Conservation Fund – Windhoek (200 km)
Po zwinięciu obozu wyruszamy na farmę. Droga jest kiepskiej jakości, dużo jazdy góra dół, dodatkowo sporo jest na niej nierówności. Na farmie wita nas jakiś Murzyn, zbiera opłatę i wyjaśnia jak dojść do śladów. Właściwie to chyba nie są one warte zbytniego nadkładania drogi, ale jeśli ktoś jest akurat w pobliżu to można w to miejsce zajrzeć. Do obejrzenia jest tu kilka śladów, w tym jedne rzeczywiście całkiem wyraźny. Z farmy ruszamy do Windhoek, początkowy 60 km odcinek jest dość kiepski, potem droga się poprawia, no i w końcu docieramy do asfaltowej drogi klasy B. W Windhoek nasza dwójka idzie do NWR, aby zapytać o trekking w Fish Rriver Canyon. Niestety pani twierdzi, że w 2 osobowa grupa nie może iść na trekking. Jeśli chcemy możemy przyłączyć się do innej grupy, ale najpierw musi ona wyrazić zgodę. Co więcej mówi, że najbliższa ekipa wyrusza dopiero 14 sierpnia (co zresztą okazało się być nieprawdą). Zawiedzeni idziemy do hostelu Cardbox. W międzyczasie reszta oddała samochód do wypożyczalni. Przepakowujemy nasze plecaki i idziemy do restauracji, aby zjeść ostatni wspólny na tym wyjeździe posiłek. Idziemy na dworzec z naszymi wspaniałymi towarzyszami podróży. Oni wracają już do Polski, my mamy jeszcze trochę czasu na zwiedzanie Afryki. Wsiadamy do pociągu, ma zupełnie przyzwoity standard i do tego wysoki stosunek jakość/cena. W nocy puszczają nam nawet dwa filmy, niestety jakieś amerykańskie gnioty. Dobrze, że wzięliśmy śpiwory, bo jest chłodno.
27.07.Windhoek – Keetmanshoop – Quivertree Forest
Do Ketmanshoop dojeżdżamy 30 minut przed planem. Wysiadamy, przepakowujemy plecaki i ruszamy do centrum, a stamtąd na główną drogę B1 w stronę Windhoek. Po jakiś 30 minutach marszu skręcamy w prawo w C16, a potem kolejnych 5 minutach w lewo w C17. Do Quivertree Forest jest stąd 14 km. Pierwszy samochód mija nas po 30 minutach marszu i o dziwo zatrzymuje się. Kierowca podrzuca nas pod samą recepcję. Robimy krótki rekonesans – drzew jest rzeczywiście sporo, ale nazwa „forrest” jest chyba trochę na wyrost. Robimy pranie i leniwimy się na słoneczku, do końca dnia mamy jeszcze mnóstwo czasu. Koło 2-giej ruszamy na pieszą wycieczkę do Giants Playground (3km). Obejrzenie miejsca zajmuje nam 30 minut, raczej nic specjalnego, ale jak już się jest w pobliżu to można zajrzeć. Z powrotem wracamy na stopa z miłymi ludkami z RPA. Podwożą nas pod recepcję, gdzie dowiadujemy się, że trafiliśmy akurat na karminie gepardów. Okazuje się bowiem, że właściciel farmy trzyma trzy gepardy. Niesamowite jest to, że na moment karmienia zostajemy wpuszczeni do nich do klatki. Jednego właściciel pozwala nam nawet pogłaskać. Po tych przeżyciach idziemy obejrzeć zachód słońca do Quivertree Forrest. Dopiero teraz wyglądają naprawdę niesamowicie.
28.07. Quivertree Forest – Hobas
Rano zwijamy obóz i ruszamy w drogę powrotną do Ketmanshoop. Zaraz po wyjściu z recepcji na drogę udaje nam się złapać stopa do samego centrum miasta. Robimy zakupy. Z centrum ruszamy na rozstaj dróg B1 i B4. Nasz plan to dojechać do Fish River Canyon w stronę Luderlitz przez Seeheim. Droga, choć asfaltowa nie jest zbyt ruchliwa. Mamy jednak kilkuosobową konkurencję. W ciągu 1,5 godziny mija nas około 50 samochodów, z tego połowa kierowców pokazuje, ze zaraz skręca. W końcu się jednak udaje. Podrzuca nas jakiś miły koleś, wsiadamy na tył pickupa i ze średnia prędkością 160 km/h dojeżdżamy do naszego pierwszego punktuna trasie, czyli Seeheim. Okazuje się, że jest to po prostu zabytkowy hotel, a nie tak jak myśleliśmy wioska. Nie przejmujemy się tym małym detalem i wychodzimy na szutrowa drogę łapać stopa. Przez dwie godziny przejeżdża tylko 8 samochodów. Postanawiamy zrobić sobie przerwę i idziemy do hotelu i
zapytać o możliwość podwiezienia. Właściciel okazuje się miłym człowiekiem, aczkolwiek rzuca kosmiczną cenę 4N$ za kilometr czyli za drogę do kanionu i z powrotem wyszło mu ponad 1000 N$. Grzecznie dziękujemy kupujemy sobie po piwku i wracamy do naszego punktu łapania stopa. Jest już przed czwartą więc nasze szanse na złapanie czegoś konkretnego mocno spadają. W ciągu 30 minut przejeżdżają tylko 2 samochody i ten 2-gi okazuje się być tym szczęśliwym. Z opresji wybawia nas para Austryjaków. Są trochę zdziwieni naszym pomysłem łapania stopa, ale oferują, że nas podrzuca do jednej z będących w pobliżu kanionu lodgy. W sumie bardzo mili ludzie. Na miejsce czyli do Roadhouse Lodge docieramy tuz przed zachodem słońca. Rozbijamy namiot, robimy jakieś jedzenie i lądujemy na kilku piwach w barze, gdzie bawimy się aż do zamknięcia lokalu.
29.07. Hobas – Fish River Canyon
Rano pakujemy tobołki i prosimy naszych znajomych o jeszcze jedną przysługę, czyli podrzucenie o kanionu. Najpierw podjeżdżamy do bramy wjazdowej do Hobas, gdzie strażnik informuje nas, że jednodniowe wędrówki w kanionie są zabronione, ale jak na własne ryzyko to można. I ten „przepis” postanawiają wykorzystać nasi Austryjacy. My w międzyczasie zauważamy, że podjechała jakaś dziwna zorganizowana grupa turystów. Okazuje się, że wybierają się na trekking, z tą tylko różnicą, że mają wszystkie potrzebne pozwolenia z Windhoek. Zagadujemy z nimi, czy przypadkiem nie możemy się przyłączyć (przynajmniej na czas załatwiania formalności). Ku naszemu zdziwieniu nie mają nic przeciwko. Udaje się, możemy ruszać na terkking. Prosimy naszych znajomych Austryjaków o ostatnią przysługę – podrzucenie nas do miejsca gdzie zaczyna się trekking. Ruszamy, po drodze oglądając jeszcze kanion z głównego miejsca widokowego Mountain View. Jedziemy jeszcze 3 km do Hikers Point – tu zaczyna się nasza wędrówka. Jest 10:30. Tablica informuje, że jedną możliwością wejścia do kanionu jest 4-5 dniowy trekking. Rozstajemy się z Austryjakami, którzy postanawiają złamać ten przepis i wchodzą tylko na parę godzin. Zejście jest dość strome, na początkowym odcinku są nawet łańcuchy, ale dość cienkie i nie budzące zaufania. Po 1,5h godziny docieramy do dna kanionu. To właśnie ona będzie dla nas jedynym źródłem wody przez najbliższe 4 dni. Szkoda, że mamy tabletek odkażających. Wbrew pozorom trasa wcale nie jest prosta. Coraz to trzeba wspinać się na potężne kamienie i skały, które
zagradzają nam drogę. Równie często trzeba też z nich schodzić, by za chwilę ujrzeć kolejną wspinaczkową przeszkodę. Celem naszej wędrówki mają być dziś gorące źródła Palm Springs. Niestety mimo wyczerpującego marszu do samego zmroku nie udaje nam się do nich dotrzeć.
30.07. Fish River Canyon
Wstajemy zaraz po wschodzie słońca. Jemy śniadanie, zwijamy obóz o 7:30 i ruszamy w drogę. Jest już trochę łatwiej, ale i tak idzie się ciężko. Przed 11-tą naszym oczom ukazują się 3 palmy, jest i gorące źródło, czyli jesteśmy w Palm Springs (osiągnęliśmy dopiero 13 km trekkingu). Koło 12:30 robimy sobie przerwę na kąpiel. Słońce świeci tak mocno, że ledwo można iść, więc lepiej odpocząć i ze zdwojoną siłą ruszyć w dalszą trasę gdy promienie nie będą już tak mocne. Koło 13:30 ruszamy w drogę. Trasa jest coraz lepsza o 4 docieramy do skały o nazwie Table Mountain. O 17-tej znajdujmy łachę piachu, rozbijamy namiot, jemy obiad i idziemy spać tuż po zmroku czyli przed 18-tą.
31.07. Fish River Canyon
Pobudkę robimy po 6 tej – jeszcze przed wschodem słońca. O 7:20 ruszamy na trasę. Dziś idzie się znacznie lepiej. Wielkie głazy zupełnie zniknęły, idziemy po żwirze. Około 11-tej docieramy do pierwszego (zaznaczonego na mapie) skrótu. Koło 12:15 docieramy do drugiego skrótu, tym razem musimy ruszyć mocno pod górę, ale się opłaca, bo oszczędzamy dużo czasu. Po kolejnych 40 minutach jesteśmy z powrotem nad rzeką. Przechodzimy rzekę i wbijamy się w następny skrót. Po kolejnych 45 minutach dochodzimy do grobu Thilo von Trotha, żołnierza niemieckiego, który zginął tu w 1908 roku Około 4 tej docieramy do murowanej chaty, w której kiedyś, można nawet było kupić zimne napoje. Niedługo potem rozbijamy obozowisko.
01.08. Fish River Canyon – Ai-Ais
Przed 8 ma jesteśmy gotowi do wyjścia. To co widać dokoła nas to już nie kanion, a raczej zwykłe góry. mur powodziowy do kurortu. Koniec wędrówki. Nasz pierwsze kroki kierujemy do recepcji, tam dowiadujemy się, że nie wiedzą nic o naszej grupie, bo nasze dokumenty z Hobas nie dotarły. Ciekawe czy jakbyśmy nie dotarli to by nas w ogóle szukać zaczęli. No nic idziemy się rozerwać do restauracji, a potem na basen wykąpać się w gorących źródłach. Taka kąpiel po 4 dniach nie mycia to super sprawa..
02.08. Ai-Ais – Noordoewer
Rano wstajemy po 6:30, zwijamy obóz i idziemy przed główną bramę, gdzie od 8:00 próbujemy złapać stopa w stronę granicy. Miejsce do autostopu jest super, bo wszyscy wyjeżdżający z Ai-Ais musza się tu zatrzymać i pokazać pokwitowanie z recepcji. Niestety na 10 przejeżdżających samochodów żaden nas nie zabiera: albo w ogóle nie mają miejsca albo nie jadą w naszym kierunku. O 13-tej jesteśmy już tak zdesperowani, że zaczynamy zastanawiać się jak tu w ogóle wyjechać z tego miejsca. Po jakichś 30 minutach kombinowania, udaje się załatwić jakiś samochód, który za 3 N$ za kilometr ma nas podwieźć do głównej drogi. Pokonanie 80 km drogą D316 zajmuje nam godzinę. Tam próbujemy złapać stopa w kierunku granicy. Udaje nam się już po 10 minutach. Kierowca wyrzuca nas na stacji benzynowej kilometr przed granicą. Jest koło 15-tej. Próbujemy się czegoś dowiedzieć o transporcie do Kapsztadu, ale nie wiele wiadomo. Idziemy więc na granicę, tam jeden celnik mówi, że „jakiś” transport powinien być koło 2- giej w nocy. No nic mamy więc jeszcze sporo czasu, wracamy więc na stację benzynową, a konkretnie na kemping, który się przy niej znajduje.
03.08. Noordoewer – Kapsztad
Wstajemy o północy pakujemy plecaki i opuszczamy kemping i wzdłuż głównej drogi wędrujemy do granicy. W pewnym momencie zatrzymuje się koło nas dostawczy bus. Kierowca pyta nas dokąd idziemy. Okazuje się, że on jedzie do Kapsztadu i może nas zabrać. Ustalamy cenę 200 N$. Trochę jesteśmy zaskoczeni obrotem spraw, ale decydujemy się pojechać. Wrzucamy bagaże do części tylnej, tam na materacu śpi drugi kierowca, sami siadamy z przodu. Później domyślamy się, że to „ten” transport mieli na myśli nasi informatorzy. O
9-tej rano docieramy do Kapsztadu. Na liczniku cały czas mieliśmy 140 km/h. W Kapsztadzie jedziemy do centrum tam kwaterujemy się w hostelu Longstreet Backpackers (70 R$). Idziemy na nabrzeże, tam kupujemy promocyjne bilety na wycieczkę na słynną wyspę – więzienie Robben Island (na przyszły tydzień). Popołudnie spędzamy spacerując po porcie oraz oglądając oceanarium. Potem w centrum odwiedzamy Namibia Tourism Office (róg Strand i Burgstrasse), gdzie próbujemy załatwić wizy do Namibii. Okazuje się, że wizę możemy załatwić dopiero jutro, bo dziś bank jest zamknięty.
04.08. Kapsztad – Simon’s Town – Cape of Good Hope
Od rana ruszamy załatwiać wizę – zajmuje nam to 30 min. Potem jedziemy pociągiem do Simon’s Town – uroczego nadmorskiego miasteczka ulokowanego nad False Bay. Stąd chcemy się dostać na Przylądek Dobrej Nadziei. Najpierw idziemy do położonej koło miasta kolonii pingwinów. Potem wychodzimy na główną trasę, aby złapać transport do Przylądka. Niestety nie udaje nam się i musimy przejść 8
km odcinek na piechotą. Trasa jest na wędrówkę po prostu beznadziejna: wąska i kręta górska droga. Ciągle musimy uważać na przejeżdżające samochody. Dopiero od bramy parku udaje nam się złapać stopa na sam koniec przylądka. Jest naprawdę niesamowicie, widoki są boskie. Decydujemy się przejść do właściwego Przylądka Dobrej Nadziei. Nie jest daleko bo trasę w obie strony robimy w około 1 godziny. Niestety nie starcza nam czasu na nic więcej. Wychodzimy na parking i próbujemy łapać stopa. Zabierają nas jacyś Holendrzy. Wysiadamy w Simon’s Town i pociągiem dojeżdżamy do Cape Town. Wieczorem idziemy do Mama Africa na Longstreet fundujemy sobie jeszcze jeden z najdroższych w życiu obiadów (stek ze strusia i szaszłyk z krokodyla).
05.08. Kapsztad
Rano chcemy ruszać na Table Mountain, ale góra tonie w chmurach, zmieniamy więc nasze plany i pozwiedzać miasto. Idziemy do Muzeum Dystryktu 6, czyli czarnej dzielnicy, której mieszkańcy zostali wysiedleni w 1984 roku a ich domy wyburzone. Potem odwiedzamy zamek (najstarszy budynek w Cape Town) z 1666 roku, gdzie oglądamy ceremonię otwarcia bramy, a potem załapujemy się na darmową wycieczkę z przewodnikiem. Po zamku wracamy na Long Street. Stamtąd jedziemy taksówką Rikki do klubu nurkowego. W ProDiversach (Sea Point, Main Road 86 b) spotykamy bardzo miłego nurka, któremu udaje się nas przekonać do wykupienia u nich dwóch nurkowań z brzegu (choć przyjemność ta wcale nie należy do najtańszych). Z Sea Pointu do hostelu postanawiamy wrócić na piechotę. Najkrótsza droga prowadzi przez góry. Wykorzystujemy więc okazję i wspinamy się na zachód słońca na Lwią Górę. Najpierw musimy się wspiąć po stromych uliczkach Cape Town. Potem ruszamy na przełaj przez las i jakieś krzaki, dochodzimy do przełęczy pomiędzy Lions Head i Signal Hill. Na sam szczyt docieramy dokładnie we właściwym momencie, kilkanaście minut przed zachodem słońca. Droga na górę jest całkiem wymagająca, do pokonania jest kilka drabinek i trochę łańcuchów, wszystko przy dużej ekspozycji terenu. Wracamy już po zmroku. Widoki są naprawdę super: oświetlony Kapsztad robi jeszcze większe wrażenie niż za dnia. Ponieważ jest już ciemno a do hostelu jest daleko. Zagadujemy kierowcę stojącego na poboczu samochodu i prosimy o podwiezienie do centrum.
06.08. Kapsztad
Rano wstajemy koło 7:20. Jemy śniadanie i pytamy o możliwość wynajmu samochodu. Recepcjonista kieruje nas do pobliskiej wypożyczalni, gdzie zamawiamy ostatni wolny samochód i to nie jak chcieliśmy od 8:00 tylko od 12-tej, ale nie narzekamy, bo cena jest całkiem niezła 144 R. Potem wsiadamy w Rikki jedziemy na Sea Point do centrum nurkowego. Zabieramy sprzęt i samochodem jedziemy w okolice Simon’s Town. W czasie nurkowań oglądamy Kelp Forrest – charakterystyczną dla Kapsztadu podwodną puszczę składającą się z ogromnych brunatnych glonów. Potem wracamy do Kapsztadu, zmęczeni ale zadowoleni.
07.08. Kapsztad – Stellenbosch – Hermanos
Dziś o 12 tej odbieramy samochód. Postanawiamy do tego czasu wyluzować: idziemy na Internet, kupujemy bilety do Swakopmund. Cały czas pada, więc wracamy do hostelu, pakujemy rzeczy i idziemy odebrać samochód (Mazda 323). Dowiadujemy się, że nie możemy wyjechać samochodem dalej niż w promieniu 250 km od Kapsztadu. W sumie nie bardzo wiemy dokąd jechać, bo pogoda jest słabiutka. Po krótkiej chwili decydujemy się pojechać do Stellenbosch – regionu znanego z produkcji win. W Stellenbosch jesteśmy po godzinie jazdy, idziemy do informacji turystycznej, aby zapytać co tu można w tym mieście robić w niedzielę w taką złą pogodę. Proponują, abyśmy wybrali się na oglądanie winiarni i testowanie wina. Dają nam mapkę i bardzo wyczerpującą ulotkę. Wybieramy najbliżej położoną winiarnię i taką, która czynna jest w niedzielę Blauwkllippen. Tam dowiadujemy się, że za 20 Randów, możemy spróbować 6 miejscowych win (próbka jest całkiem spora). Po konsumpcji idziemy na wycieczkę i okazuje się, że jesteśmy jedynymi zwiedzającymi. Zadowoleni opuszczamy winiarnię i jedziemy do Hermanos, gdzie lokujemy się w Hermanos Backpackers.
08.08. Hermanos – Cape Agulhas – Hermanos
Po wliczonym w cenę noclegu śniadaniu jedziemy nad zatokę, oglądać wieloryby. Było już je widać dnia poprzedniego, ale dziś mieliśmy okazję przyjrzeć się im dokładnie (były widoczne gołym okiem, a przez teleobiektyw nawet ze szczegółami). Potem jedziemy na przylądek Igielny – najbardziej na południe wysunięty punkt Afryki. Wybraliśmy wariant, w którym jedzie się małymi szutrowymi drogami – słaby pomysł, bo na karoserii naszego samochodu zrobiliśmy chyba kilka małych rys. Przylądek nic ciekawego w sumie, ale to tu łączą się dwa oceany Indyjski i Atlantycki. Można też ewentualnie zwiedzić latarnie a potem pojechać do malowniczej rybackiej wioski Ariston położonej niedaleko. Wracamy do Hermones – już normalną asfaltową drogą. Całą wyprawa zajmuje nam dużo więcej niż się spodziewaliśmy po ponad 6 godzinach.
09.08. Hermanos – Frankenshoek – Stellenbosh
Rano trochę nie wiedząc co przyniesie dzień ruszamy do Frankenshoek – drugiej winnego regionu w okolicach Kapsztadu. W Frankenshoek zaglądamy do informacji, by dowiedzieć się co mogą nam polecić. Dostajemy ulotki na temat miejscowych winiarni. Decydujemy się także pójść w góry na 3 godzinny szlak widokowy. Najpierw jednak jedziemy odwiedzić pobliską winiarnię Cobrier, gdzie za 15 Randów dostajemy możliwość spróbowania 3 win. Potem jedziemy na przepiękną przełęcz Frankenshoek, gdzie zaczyna się nasza trasa. Wędrówka w tę i z powrotem do punktu widokowego zajmuje nam 2 godziny. Trasa jest bardzo przyjemna. Po powrocie decydujemy się odwiedzić jeszcze jedną winiarnię. Tam wybieramy się na wycieczkę. Korzystamy także z możliwości testowania win. Potem ruszamy w trasę do Stellebosch, gdzie zatrzymujemy się w jednym z hosteli Stamble Inn.
10.08.Stellenbosh – Kapsztad (Robben Island, Table Mountain)
Zrywamy się wcześnie (przed 6-tą), żeby dojechać na 8 mą do Cape Town. Po drodze stoimy w strasznym korku, ale akurat zdążamy oddać samochód, zostawiamy też bagaże w schronisku i dostajemy z warsztatu podwózkę pod prom do Robben Island (bilety kupiliśmy w promocji tydzień wcześniej). Prom płynie 30 minut. Potem przez 45 minut sympatyczny przewodnik obwozi nas busikiem po wyspie. Potem zwiedzamy samo więzienie zbudowane w latach 60 przez więźniów. Cała wycieczka pozostawia niesamowite wrażenie, bo po wyspie i więzieniu oprowadzają nas byli więźniowie, ludzie, którzy przeżyli koszmar pobytu w nim, Po 3,5 godzinnym zwiedzaniu lądujemy z powrotem w Cape Town. Idziemy załatwić formalności związane z nurkowaniem Marysi w akwarium z rekinami i innymi drapieżnymi rybami. Stamtąd taksówką dostajemy się do Kirstenbosh Garden (120 N$ za dojazd 11 km). Taksówkarz jest bardzo miły opowiada nam trochę o mieście i proponuje, ze może nas obwieść po slumsach. Tam w informacji pytamy jak wejść na górę Polecają nam drogę Skeleton George, jest podobno jedną z najłatwiejszych i najprzyjemniejszych. Płacimy wejście do ogrodów i 13:40 zaczynamy się wspinać. Po 1,5 godzinie kończymy nasza wspinaczkę i zaczynamy wchodzić na jeden ze szczytów masywu. W tle mamy niesamowite widoki na Cape Town i Cape of Good Hope. Po 50 minutach dochodzimy do Mount Beacon. Z Mt. Becon naszym oczom ukazuje się kolejka do Kapsztadu. Ponieważ jest już dość późno podejmujemy decyzje że nią zjedziemy. Zjeżdżamy przedostatnią kolejką o 17:45. Do hostelu wracamy na piechotę.
11.08. Kapsztad (Akwarium)
Rano ruszamy do Akwarium, gdzie Mary pod bacznym okiem instruktora, decyduje się na nurkowanie z drapieznymi rybami (w akwarium pływa między innymi 5 rekinów, płaszczki, żółw i kilka innych ryb). Podczas, gdy Mary poznaje fascynujące życie zwierząt od środka akwarium, ja wcielam się w role zwiedzającego i oglądam życie rybek i nurków zza szyby. Po nurkowaniu dzwonimy o naszego znajomego taksówkarza Saki Silinga 083 763 4558 i pytamy czy istnieje możliwość zorganizowania wycieczki do Cape Flats (dzielnic nędzy) [300R]. On jednak odradza nam ten pomysł. Ponieważ w taką pogodę (pada ulewny deszcz) nic tak naprawdę nie zobaczymy. W takim razie rezygnujemy z naszego pomysłu i wracamy na piechotę do hostelu. Ze schroniska wychodzimy coś przekąsić i tak mija nam popołudnie i wieczór.
12.08.Kapsztad – Windhoek
Rano pakujemy nasze bagaże, jemy śniadanie i idziemy na dworzec autobusowy o 10 wsiadamy do piętrowego autobusu do Winhoek. Podróż jest bardzo przyjemna, przystanki raz na 2 h, w autobusie kawa, herbata i puszczają filmy (m.in. trzy odcinki przyjaciół).
13.08. Windhoek – Swakopmund
O 5:40 lądujemy w Windhoek, tam przesiadamy się na autobus do Swakopmundu, który odjeżdża o 6:00. Do celu dojeżdżamy o 10:30. Pierwsze kroki kierujemy do informacji turystycznej, gdzie miła pani dzwoni do Sophia Dale Rest Camp i umawia nas na następny dzień na godzinę na narty na wydmach. Nocujemy w Youth Hostel, gdzie po krótkiej rozmowie dostajemy przyzwoitą dwójkę za 30 N$ od osoby (3 razy taniej niż kemping w Desert Sky). Z hostelu idziemy do Living Desert Adventure gdzie oglądamy namibijskie gady i płazy. Stamtąd idziemy na stację kolejową, ale biletów do Windhoeh nie kupujemy, bo w sobotę stacja jest nieczynna. Wracamy więc do hostelu a stamtąd wychodzimy na obiad do Lighthouse Restaurant.
14.08. Swakopmund – narty
Rano robimy pobudkę koło 9 tej. Pakujemy nasz bagaże i wychodzimy na miasto. Koło 12-tej ruszamy na stację kolejową, aby kupić bilety. Niestety choć kasa powinna być otwarta od 13-tej, przez pół godziny nie zjawia się nikt z obsługi. Odpuszczamy czekanie i idziemy pod informację turystyczna, bo tam umówiliśmy się o 14-tej z Henrykiem, który ma nas zabrać na narty na wydmach. Przygoda naprawdę fajna, ale tez bardzo wyczerpująca, bo na pustyni nie ma wyciągów. Po nartach zabieramy rzeczy z hotelu i idziemy na dworzec. Na dworcu czekamy w poczekalni na przyjazd pociągu. W końcu zjawia się z 1,5 opóźnieniem, zajmujemy miejsce kupujemy dwa bilety i idziemy spać.
15.08. Swakopmund – Windhoek
Z pociągu idziemy do centrum, gdzie w informacji turystycznej zostawiamy bagaże i potem ruszamy na zwiedzanie stolicy. Oglądamy z zewnątrz kościół Christus Kirche potem muzeum Alte Feste – narodowe muzeum Namibii. Jemy w restauracji przy muzeum, gdzie serwowane są miejscowe specjały. Dania bardzo smaczne, ale czas oczekiwania na nie przekroczył z pewnością 1 h. Stamtąd wracamy do informacji turystycznej, Bierzemy bagaże i z centrum jedziemy minibusem na lotnisko. Nasz samolot do Frankfurtu odlatuje o 19 tej.
Koszty na osobę:
Średnie wydatki dzienne na miejscu (bez samolotu i wiz) – 40 USD
Kursy walutowe:
1 USD = 6,55 N$
1 USD = 6,55 Randów
1 USD = 4 300 ZMK







