Uzbekistan
listopad 2008
Uczestnicy:
Marysia
Bastek
Gniewko
Termin:
01-16.11.2008
Trasa:
Tashkent – Chimdan – Tashkent – Bukhara – Chiwa – Moynaq – Nukus – Samarkanda – Urgut -Samarkanda – Tashkent
Przewodniki:
Uzbekistan. The Golden Road to Samarkarkand.
Odyssey 2004 rok – przegadany, z niewielką ilością informacji praktycznych. LP Central Asia (wydanie z 1999 roku) – mało przydatny ze względu na swą archiwalną już datę wydania. Nowsza wersja (2007 rok) wydaje się bardziej pomocna, choć nadal ilość informacji o Uzbekistanie ogranicza “zbiorcze” podejście do wszystkich krajów Azji Centralnej.
Dziennik podróży:
01.11. Warszawa
Dziś wszystkich Świętych, a my zamiast na cmentarz jedziemy na lotnisko. Co ciekawe akurat gdy przechodzimy odprawę w kaplicy zaczyna się msza. Korzystam, więc z okazji. Potem już w sumie zostaje tylko chwila do naszego odlotu. Samolot przynosi pierwsze zaskoczenie.
Zamiast spodziewanego Tupolewa wsiadamy do nowego Airbusa (taki sam zawiezie nas też z Moskwy do Tashkentu). Jedzenie też niczego sobie, lepsze niż w Locie. No i kolejna ciekawostka: alkohol tylko za dodatkową opłatą… Kilkugodzinną przesiadkę na moskiewskim Sheremietiewie spędzamy koczując na jednym z zakamarków lotniska. Dzięki temu mamy względny spokój, a ja mogę się trochę zdrzemnąć.
02.11. Tashkent – Chimdan
Tashkent wita nas w środku nocy. Dość gładko przechodzimy kontrole i rozlokowujemy się w hali przylotów. Podpytuję w informacji, o której będzie autobus do centrum (o 6:00) i idę do BizSała wymienić pieniądze. Kurs przyzwoity 1 Euro = 1782 somów. Ale ciekawe, po co o tej porze w kantorze aż dwie panie do obsługi, a już wiem jedna liczy pieniądze, druga wypisuje rachunek. Dostaję cały plik banknotów (W Uzbekistanie największy nominał to 1000 somów). Poza ewidentnym problemem jaki mamy ze składowaniem takiej ilości pieniędzy ma to też swoje dobre strony, drobnych mamy ciągle pod dostatkiem. W oczekiwaniu na poranek zaczynam rozmowę z dwoma chłopakami. Jeden odprowadzał na samolot do Moskwy swojego znajomego Polaka (!). Drugi został właśnie deportowany z Rosji za brak rejestracji. Okazuje się, że są z jednego miasta Fergany i już się wcześniej przelotnie spotkali. Koło 6:30 zaczyna się rozjaśniać. To sygnał dla naszych znajomych, żeby ruszyć na poszukiwania autobusu. Przystanek jest tuż tuż. Autobus nr 67 podwozi nas pod metro. Marszrutki do Gazalkent (1,5 tys.) odjeżdżają z okolic stacji Maxim Gorki. W Gazalkent przesiadamy się w Tico do Chimdan. Jest już jeden pasażer, ale po 30 minutach czekania nadal nie zjawia się nikt więcej, więc postanawiamy dopłacić i jechać bez dalszego czekania. Przejazd wychodzi więc po 4 tys. Po 20 minutach wysiadamy przed Turbazą Chimdan. Stanowią ją 3 rozpadające się 10-piętrowe bloki. W środku trudno kogokolwiek znaleźć. Jakoś się jednak udaje. Przemiła pani pokazuje nam jakiś pokój. Cały obiekt się generalnie rozpada. Ściany zdewastowane, prądu brak, nasz pokój niezbyt odbiega od tego co widać na korytarzu. Prysznic i toaleta zdezelowane. W pokoju grzeje się spiralką elektryczną. Klimat nieprzeciętny. Zostajemy. Ze dwadzieścia lat temu to tu musiał być luksus. Dziś wspomnienie dawnej świetności. Poza nami i administratorką nikt w tym molochu nie śpi. Nocleg w sumie nie najtańszy (10 tys. za osobę), ale cena wynikła z mojej nieświadomości kursu soma. No nic jakoś damy radę. Chcę się przejść, ale pani twierdzi, że nie muszę nigdzie chodzisz, bo sama mi przyniesie. W końcu, gdy zaczynam bardziej nalegać. prosi, żebym poczekał, bo milicjoniery są na dole. Czekam więc przepisowe 20 minut o wychodzę się przejść, a Maryś spać. Śniegu jest sporo. Widać, że dopiero co spadł, ale wstępne rozpoznanie wskazuje, że być może będzie można i na nartkach pośmigać. Wracam i kładę się spać. Nocna podróż dała nam się jednak trochę we znaki. Koło 14 znowu wychodzę na miasto. Szumna nazwa, trzy bary, sklep, kilka domów i wyciąg. Akurat działa, więc wjeżdżam na górę (2,5 tys.). Pogoda niestety się pogorszyła, widoczność też, więc z pięknych widoków też. Zjeżdżam, wracam do hotelu, budzę Mary i razem idziemy coś zjeść do znajdującej się naprzeciwko hotelu budki. Jedzenie bardzo smaczne, ceny może lekko wysokie (2,7 tys. za pielmieny w rosole), ale ok. Obok nas baluje grupka, która przyjechała opijać pierwszy śnieg. My chyba wciąż odczuwamy skutki nocnej podróży, bo w naszym przytulnym hotelu od razu idziemy spać.
03.11. Chimdan
Śpimy 17 h, odrabiając straconą w podróży noc. Kiedy wstajemy, słońce jest już wysoko nad horyzontem. Znajdujemy taksi do Beldersoy (8 tys.). Kierowca oferuje też transport powrotny. Wystarczy, że jak będziemy chcieli wracać ktoś z obsługi wyciągu po niego zadzwoni. Mamy szczęście okazuje się bowiem, że wyciąg będzie dziś uruchomiony dla jakiejś wycieczki, która za moment ma odjechać dwoma autokarami. Po kilku minutach rzeczywiście zajeżdżają autobusy wycieczki. Dorośli ludzie a cieszą się jak dzieci na widok śniegu. Wjeżdżamy na górę na 2100 metrów (25 min, 3 tys.), drugi wyciąg niestety nie działa. Widok piękny, a do tego można pożyczyć narty, jak ma się siłę je wnieść wyżej, żeby zjechać po dziewiczym śniegu. O jeździe pod wyciągiem nie ma jeszcze mowy, nie ma na to jeszcze warunków śniegowych. Bastek się decyduje i dzielnie robi kilka zjazdów. Po godzinie wycieczka się zwija, my z nimi. Decydujemy się jeszcze przed powrotem sprawdzić pobliski luksusowy hotel, w tym celu musimy podejść spory kawałek. Warto – przybytek jest nowy, dobrze utrzymany i czysty. Jemy dobry i niezbyt drogi obiad (choć za steki już sobie nieźle liczą) w restauracji z pięknym widokiem. Ogrzani i wypoczęci postanawiamy wrócić do siebie na piechotę. Spacer zajmuje koło 2 h, choć nieźle się męczymy na ledwo widocznym, zabłoconym skrócie.
04.11. Chimdan – Tashkent
Za radą naszej hotelowej pani, wstajemy rano, zresztą jakbyśmy nie wstali to i tak by nas obudziła, bo pochodzi z rodzaju tych ludzi, co to zaopiekują się tobą w każdym calu, czy tego chcesz czy nie. Wstajemy więc rano, zwijamy manatki i wychodzimy na zewnątrz. W całej miejscowości nikogo nie ma, a pani twierdziła, że o tej porze najłatwiej złapać transport (!). Niebo bezchmurne, ale słońce jeszcze nie wzeszło. Postanawiamy się więc rozgrzać idąc w kierunku sztucznego jeziora. Po 15 minutach udaje nam się zatrzymać jakiś samochód, którego kierowca jest gotowy podrzucić nas do elektriczki. Za 10 tys. do Gazalkent, albo za 15 tys. do Hokajdent. Wybieramy tę drugą opcję stargowując do 13 tys. Po drodze zatrzymujemy się kilka razy na fotografowanie, zresztą nie sposób się nie zatrzymać, bo widoki niesamowite. Na stacji jesteśmy 9:30, pociąg miał być o 10-tej i jest…10:54. No to sobie poczekamy… Pociąg przyjeżdża nawet w miarę szybko. Zajmujemy miejsca i czekamy na odjazd. Przejazd 2h, 700 somów. Na dworcu w Tashkencie postanawiamy kupić bilety na jutrzejszy wieczorny pociąg do Bukhary. Staję w kolejce, przede mną kilka osób, kilka stoi też z boku i próbuje się wepchnąć, tłumacząc, że jadą pociągiem, który zaraz odjeżdża. Z czasem te boczne odnogi zupełnie neutralizują główną kolejkę i po godzinie stania nadal nie mamy biletu. W końcu otwierają jeszcze dwie kasy postanawiamy w nich spróbować szczęścia, ale okazuje się tylko, że nie ma już płackartnych, no i, że bez trzeciego paszportu biletów nie kupimy i już! No to trzeba będzie tu jeszcze wrócić. Wieczorem podjeżdżamy pod Operę, no nie do końca bo taksówkarz nie odróżnia opery od teatru dramatycznego. (A to dlatego, że w Tashkiencie taksówkarzem jest każdy kto ma samochód. Wystarczy wyjść na ulicę zamachnąć i już jest. A, że nie wszyscy tacy taksówkarze znają miasto, choć na początku, twierdzą, że oczywiście znają i wiedzą, gdzie owa opera jest, to kończy się często pod przysłowiowym teatrem, a nie operą). Szczęśliwie my tym razem się zorientowaliśmy, a do rozpoczęcia przedstawienia mieliśmy kilka minut to zdążyliśmy przejść i spokojnie nabyć bilet na Jolantę Czajkowskiego (5 tys.), że był wtorek to widowni się za dużo nie spodziewaliśmy, ale żeby widzów było mniej niż artystów! (bo gdy policzyć śpiewaków i orkiestrę to pewnie by się ich z 50 zebrało, a to dokładnie tyle co osób siedzących po drugiej stronie sceny).
05.11. Tashkent – Bukhara
Koło 5-tej budzi nas Gniewko, który właśnie przyjechał z lotniska. Pokazujemy mu naszą kwaterę, a konkretnie łóżko i idziemy spać. Ponownie wstajemy koło 9-tej. Pierwszy cel: kupno biletów na pociąg. Udaje się, zgodnie z wczorajszymi informacjami nie udaje nam się kupić biletów na plackartnyj, na dodatek zaskakuje nas dość wysoka cena kupe (24 tys.). Pogoda jest dziś raczej “muzealna”, postanawiamy, więc to przekuć na nasz sukces i popodziwiać to co mają do zaoferowania tashkienckie wnętrza. A że i tak jest to w zasadzie jedna z głównych atrakcji, to akurat dobrze się składa. Podbój muzeów zaczynamy od muzeum kolejnictwa (1 tys.), gdzie mamy przegląd powojennej historii radzieckich Żelaznych Dróg. Potem bardzo ładne muzeum sztuki użytkowej i muzeum Historii Uzbekistanu. Przy okazji oglądamy kilka monumentalnych budowli miejskich. Potem metrem przenosimy się na Chorsu, gdzie zwiedzamy bazar, zjadamy małe co nie co na jednym ze straganów i podążamy dalej w kierunku Khast Imam plac. Niestety zostajemy trochę źle skierowani i w rezultacie mamy darmowy spacer po Tashkiencie. W końcu udaje nam się jakoś dotrzeć. W sumie warto, tylko pogoda kiepska. Przedsmak tego, co zobaczymy wkrótce. Podziwiamy i spadamy do metra, a potem do domu i na dworzec. Ja korzystam jeszcze w międzyczasie z Internetu (0,5 h za 0,4 tys.). Pociąg ma 45 minut opóźnienia. Standard zgodny z przewidywaniami.
06.11. Bukhara
Niestety z wyspaniem gorzej, bo w przedziale mamy gościa, który tak głośno chrapie, że aż trudno sobie wyobrazić, a jak już chrapać przestaje, to ma jakieś koszmary, majaczy, krzyczy i marudzi. Koło 7-mej dojeżdżamy. Pogoda paskudna: niebo zasnute i mży. Zastanawiamy się, co z tym fantem robić. No nic trzeba wsiadać w marszrutkę i jechać do centrum. Wysiadamy gdzieś na ulicy Nukus i zaczynamy szukać gostinicy Zarafshan. Na miejscu okazuje się, że nie mają licencji na obcokrajowców, ale proponują spróbować w pobliskiej “Gan Jeruzalem”. Tu problemu nie ma. Za 40 tys. dostajemy trójkę i pyszną jajecznicę na dobry początek dnia i to w cenie pokoju! Dzień postanawiamy zacząć od sprawdzenia autobusów do Urgench. Z naszego hotelu jedzie tam marszrutka 70. Na dworcu okazuje się, że powinniśmy jechać do Karon Bazar, znów 70 – tką. Podjeżdżamy i robimy krótkie rozpoznanie. Maszrutki mają być, trzeba po prostu przyjechać i tyle. No to wracamy tym razem taksówką (0,5 tys.) do Ark. Pogoda poprawiła się o tyle, że przestało mżyć. Cały dzień chodzimy po stary mieście zaliczając wszystkie najważniejsze atrakcje. Całkiem smaczny lunch zjadamy w knajpce przy Labi-hauz (3 tys.). Na koniec wchodzimy do twierdzy. Przed zmrokiem wracamy do hotelu obejrzeć wreszcie nasz pokój, a ten w sumie niczego sobie: dwa łóżka, klima, TV z wszystkimi arabskimi kanałami świata. Odświeżamy się, odpoczywamy i wychodzimy do jednej z pobliskich knajp na szaszłyki (4,5 tys.). Niestety mięsa w nich nie za dużo, a sporo kości i tłuszczu. W hotelu wypijamy jeszcze po piwku i idziemy spać.
07.11. Bukhara – Urgench
Rano wychylam głowę za okno i co widzę: niestety chmury zasnuwają całe niebo. No nic wygromalamy się z łóżek i wychodzimy na miasto. Mieliśmy zwiedzać, ale zmieniamy plany i z Gniewkiem idziemy do hammamu (5 tys.). Godziny pobyt w gorącej saunie niezwykle pomaga na poprawę samopoczucia. Z Maryś spotykamy się na Labi-hauz. Zwiedzania Bukhary już nam wystarczy, wracamy do hotelu zabieramy rzeczy i marszrutką 83 jedziemy w okolice Letniego Pałacu. Najlepsza była by marszrutka nr 70, ale akurat wszystkie były pełne. Pałac w sumie średni, największą atrakcją są dwie młode pary, które akurat przyszły zrobić sobie zdjęcia. 70 dojeżdżamy do Karvan Bazar. Tam rozpoczynamy czekanie na autobus do Urgench. Po 2 godzinach mamy w miarę jasny obraz sytuacji. Autobus ma być wieczorem (koszt biletu koło 15 tys.). Jeśli chcemy jechać wcześnie pozostaje Nexia za 25 tys. Postanawiamy zdecydować się na tę drugą opcję. Sprawę ułatwi współpasażerka, która akurat zapełnia z nami cały samochód. Zbijamy cenę do 70 tys. i w drogę. Przejazd przez pustynię (5h) mija bez większych wydarzeń. Problem pojawia się w Urgench, gdzie taksówkarze chcą od nas 20 tys. za przejazd do Chiwy. Stwierdzamy, że to za drogo i prosimy kierowcę, żeby podrzucił nas do najtańszego hotelu w mieście. Godzi się, ale mamy mu dopłacić dodatkowe 5 tys. Niestety w hotelu rzucają nam cenę 35 Euro od osoby. Coś słaba ta wiedza naszego kierowcy… Prosimy więc, żeby podwiózł nas do najtańszego hotelu z naszego przewodnika, ale on zamiast tego wiezie nas do siebie do domu. Proponuje, że przenocuje nas za 20 tys. od łebka. Tłumaczymy, że wczoraj w hotelu płaciliśmy 40 tys. za wszystkich, więc nie powinien przesadzać. Ponieważ sytuacja jest lekko kryzysowa, dogadujemy się na 40 tys. i problem noclegu rozwiązany. Dom należy do matki i ojca naszego kierowcy. Budynek jest spory, jedno piętrowy, choć już kilkunastoletni, to nadal nieskończony (“Jak będą pieniądze to dokończymy”). W cenie dostajemy jeszcze dobrą domową kolację i wino (po które trzeba skoczyć do sklepu). Pogawędki sprowadzają się do tego, jak jest w Polsce, a jak w Uzbekistanie.
08.11. Urgench – Chiwa
Dzień zaczynamy od rozliczeń z naszym znajomym kierowcą. Za podrzucenie nas na wylotówkę do Chiwy chce od nas dodatkowe 5 tys. Wydaje nam się to trochę nie na miejscu i grzecznie dziękujemy, postanawiając do celu dotrzeć marszrutką. Nasz przyjaciel szybko zdaje sobie z tego sprawę, proponując podwiezienie za darmo Komentarz: “A na co mi wasze pieniądze” dobitnie to pokazuje. Wysadza nas dokładnie na środku ronda. Żegnamy się i rozpoczynamy polowanie na jakiś transport do Chiwy. Po kilku minutach czekania podjeżdża jakiś taksówkarz oferując podwiezienie za 6 tys. za całość. Po drodze dobieramy jeszcze pasażera, więc mamy zniżkę 0,5 tys. Pogoda przepiękna. Mroźno, ale bezchmurnie. Aż się chce zwiedzać. Humor psuje trochę okienko biletowe przy kasie głównej gdzie zostawiamy po 9 tys. (ze zniżką na Euro 26) i 5 tys. za fotografowanie. Wchodzimy do pierwszego napotkanego hotelu M. Właściciel – Rashid okazuje się bardzo miłym, acz nie skorym do targowania – człowiekiem. Staje na jego 10 USD za osobę. Zostawiamy rzeczy i idziemy zwiedzać. Niebo jest jak żyleta. Chiwa zachwyca i to nieziemsko. Cały kompleks wygląda niczym za czasów Jedwabnego Szlaku. Jedynie ludzi brak. W 1969 Sowieci wygnali z murów wewnętrznych wszystkich mieszkańców, a całość przekształcono w skansen. Dzięki temu perły uzbeckiej architektury nie zostały zniszczone, ale równocześnie skutecznie zabili ducha Chiwy. Dziś niektórzy znów wprowadzili się do swoich dawnych domów. Mówią krótko miasto zachwyca. Chodzimy cały dzień zaliczając kolejne medrassy, meczety, pałace, mauzolea, wchodzimy też na dwa punkty widokowe, podziwiając miasto w promieniach zachodzącego słońca. W międzyczasie wymieniamy jeszcze trochę pieniędzy w hotelu Chiwa. Wieczorem u naszego gospodarza, jemy pyszną obiado – kolację (7 tys.). Zresztą mam wrażenie, że prawie wszyscy turyści, którzy przewinęli się dziś przez Chiwę, byli u naszego gospodarza albo na objedzie, albo na kolacji. Nasz gospodarz to przemiły człowiek spędzamy z nim trochę czasu gawędząc o tym jak został hotelarzem i jak mu się prowadzi biznes. Spotykamy się też z jednym Francuzem – Patriciem, wygląda na to, że będziemy z nim podróżować do Nukus. Co ciekawe Rashid nazywa Patricka Frankiem, jeśli doszukiwać się w tym jakiegoś sensu to my z Gniewkiem powinniśmy być Pol’ami, a wszystkie Amerykanki to Amy… Umawiamy się na poranne spotkanie o 7:00 rano przy śniadaniu i wychodzimy pofotografować Chiwę przy sztucznym oświetleniu.
09.11. Chiwa – Moynaq
Zgodnie z wczorajszymi ustaleniami spotykamy się przy śniadaniu. Co najmniej tak dobre jak wczorajsza kolacja (i do tego w cenie). Wychodzimy za Północną Bramę i od razu łapiemy taksówkę do Urgench (1,5 tys.). Wysiadamy na dworcu kolejowym i tu spotyka nas bardzo miła niespodzianka. Okazuje się, że płackarty bilet na pociąg z Nukusa do Samarkaandy kosztuje dwa razy mniej niż twierdzili w kasie w Bukharze. Kupujemy, powrót we wtorek po południu to dla nas najlepsze rozwiązanie, idealnie wpasowuje się w plan pobytu w Uzbekistanie. Marszrutką nr 19 przenosimy się pod “Stadion Olimpijski”, gdzie czeka już autobus do Kongrad. Wsiadamy, kupujemy bilety (7 tys.) i po godzinie czekania wyruszamy na trasę. Jest 10:30. Po 5,5 godzinach stabilnej jazdy docieramy do Kondigrat, gdzie stoi już mały autobus do Monyaq. Zostały już tylko miejsca stojące, bierzemy, bo wyjścia nie mamy. Po 2 godzinach stania dojeżdżamy do Monyaq. Jest już zupełnie ciemno. Wysiadamy tuż przed hotelem. Tylko nie bardzo wiemy, który to budynek. Przechodzimy jakieś 100 metrów obok dwóch pustostanów i zaglądamy do pierwszego piętrowego budynku po lewej. Okazuje się, że to nasz hotel. Jego całkowite zaciemniene wynika po porostu z braku jakichkolwiek gości. Właściciel od razu lojalnie uprzedza, że w hotelu jest zimno. To zresztą od razu czuć. Pokazuje nam dwa pokoje, przypominają rozpadające się lodówki z nieszczelnymi drzwiami i to niestety mowa o drzwiach balkonowych. A na dworze temperatura już na minusie. Jedyna działająca łazienka – bez bieżącej wody – jest w jednym z sąsiednich pokoi. Będzie ostro. Na szczęście pościel czysta. Dogadujemy się na 8 tys. za noc i 2,5 tys. za kolację. Jej przygotowanie trochę niestety zajmuje, bo gaz jeszcze słaby. “Wiecie u nas jeszcze letni sezon. (!) Dopiero po 15-tym włączą pełne ogrzewanie.” W końcu dostajemy smaczne ziemniaki z makaronem, polane tłuszczem. Zjadamy aż nam się uszy trzęsą i kładziemy się spać. Po warstwą dwóch śpiworów i koca jest nawet dość
komfortowo.
10.11. Moynaq
Wstaję o 7:30 z nadzieją obejrzenia wschodu słońca tuż nad dawanym brzegiem Morza Aralskiego przy wrakach pozostałych rybackich łodzi. Podążam za wskazówkami naszego 8 letniego LP i wychodzę na tym jak Zabłocki na mydle. Gdy w końcu udaje mi się kogoś spytać o drogę okazuje się, że wszystkie łodzie zostały przeniesione, w miejsce z którego właśnie przyszedłem. W towarzystwie dwóch miejscowych wracam do miasta, do widocznego z daleka pomnika. Tuż u jego stóp znaleźć można kilka zardzewiały chłodzi. Ja dodatkowo znajduję Gniewka, który też już zwlekł się z łóżka. Niestety słońce po tym jak wzeszło zdążyło się już schować za chmurami. Robimy kilka fotografii i wracamy do hotelu. Jest zimno i to strasznie. Po 2 godzinnym spacerze ciężko nawet usta otworzyć. Odtajam przy herbatce zaserwowanej przez naszego gospodarza. Po krótkim odpoczynku idziemy na spacer po mieście. Powoli się rozpogadza. Zjadamy co nie co, zaglądamy na dworzec autobusowy – pytamy o połączenia do Nukus (4:30, 7:00, 9:00, …), oglądamy cmentarz, próbujemy też wejść do muzeum, ale mają przerwę obiadową. Wracamy do statków, potem gawędzimy z ich strażnikiem, pokazuje nam na której łodzi pracował. Całe miasto wygląda niezwykle. Smutno i tragicznie, jakby przez 30 lat nie otrząsnęło się z traumy, jaką było stopniowe cofanie się morza. Oglądamy opuszczoną fabrykę konserw, kiedyś zatrudniała 10 tys. osób. Wszystko całkiem dobrze zachowane, jest nawet taśma produkcyjna. Wieczorem znów wracamy na łodzie, porobić trochę zdjęć o zachodzie. Na koniec dnia zjadamy pożywną zupę z makaronem i kartoflami u naszego gospodarza i idziemy spać.
11.11. Moynaq – Nukus – Samarkanda
Wstaję o 7:30, po 10 minutach jestem przy łodziach, fotografuję wschód słońca i wracam do hotelu. Pakujemy bagaże, wypijamy gorącą herbatę i wychodzimy na drogę łapać taksówkę. Do dworca daleko, a wydatek 300 sumów od osoby to w sumie nie dużo. Wsiadamy i niedługo potem ruszamy (3,9 tys.). Po 4 h lądujemy w Nukus. Piechotą przedostajemy się do Muzeum Sawickiego. (4 tys.). Super miejsce, piękne obrazy nikomu nieznanych sowieckich artystów. Zachwyceni decydujemy się też na wejście do mieszczącego się na parterze muzeum regionu (3 tys.) – i to jest pomysł już znacznie mniej trafiony. Z muzeum taksówką podjeżdżamy na dworzec (0,5 tys.), kupujemy bilet dla Franka vel Patricka do Navoi, robimy zakupy i wsiadamy do naszego płackartnego do Samarkandy.
12.11. Samarkanda
Wszystko odbywa się zgodnie z planem o 6-tej wysiada Patrick, a o 9-tej my. Niemiła niespodzianka jest taka, że nadal jest zimno! Nic a nic się nie poprawiło, a na dodatek niebo zakrywają chmury
. Autobusem nr 3 z bardzo miłym panem kierowcą dojeżdżamy w okolice Ragestanu. Znajdujemy upatrzony wcześniej hostel Bohodir. Bierzemy dwa pokoje (18 USD za dwójkę i 10 za jedynkę). Gospodarz zaprasza nas na herbatę i małą przekąskę. Odpoczywamy po podróży, bierzemy pierwszy od czterech dni prysznic i koło 12-tej wyruszamy na zwiedzanie. Wschodzimy do Ragestanu (6,5 tys.), potem idziemy przejść się w kierunku bazaru. Wracamy, bo pogoda już zupełnie się psuje, by pozwiedzać muzeum historii i kultury (3,8 tys.). W tym czasie Gniewko w zimnym holu wejściowym zaczytuje się w naszym przewodniku. Muzeum całkiem, całkiem, no może trochę zimne, bo nie ogrzewane, ale pani przy wejściu przecież ostrzegała. Jest już koło 4-tej decydujemy się rozdzielić. Gniewko idzie się przejść, ja na Internet, a Maryś do hotelu. Kolację (2,7 tys.) zjadamy już w naszym B&B.
13.11. Samarkanda
Niebo za oknem znów zachmurzone. Na dworze ziąb. Przy śniadaniu robimy naradę, której efektem jest wizyta w biurze turystycznym. Niestety o tej porze roku nie mogą nam zaoferować żadnych rewelacji, a wycieczkę do Shahrizab możemy sobie zorganizować sami. Idziemy więc pozwiedzać Samarkandę. Zaczynamy od Shahr-i-Zindah (2,8 tys.), bardzo przyjemny kompleks mauzoleów. Stamtąd przez cmentarz dostajemy się do pozostałości obserwatorium Ulughbek’a (2 tys.), za czasów swojej świetności musiało być rzeczywiście imponujące. Marszrutką wracamy pod meczet Bibi-Khanym (3,8 tys.) Potem na piechotę idziemy na drugą stronę Registanu, by obejrzeć mauzolea Guri-Amur i Rushobod. Siadamy gdzieś na herbatę, żeby się rozgrzać. Po czym wolnym krokiem wracamy do hotelu i rozpoczynamy błogie lenistwo.
14.11. Samarkanda – Urgut
Plan na dziś: wycieczka do Shahrizab. Niestety na postoju marszrutek okazuje się, że marszrutki nie jeżdżą, możemy za to wynająć sobie cały samochód na przejazd tam i z powrotem (50 tys.). Trochę ten brak publicznego transportu nas zaskakuje. Rozbici odchodzimy na chwilę by ogarnąć myśli i dosłownie nadziewamy się na reklamującego swoje usługi marszrutkarza: “Urgut, 1,5 tys.”. Zerkamy do przewodnika. Urgut? W sumie może być. Shahrizab to pewnie nie będzie, ale przynajmniej wyjedziemy gdzieś za miasto. Po 40 minutach wysiadamy w zamglonej miejscowości. Gdzieniegdzie na drzewach leży śnieg. Postanawiamy przespacerować się trochę w górę płynącego przez wioskę strumienia. Cała okolica jest szara, blada i przygnębiająca. Zagadują nas jacyś miejscowi. “Skąd?, A jak tam w Polsce? A ile można zarobić?, Jak wam się podoba?” Zapraszają na herbatę, dziękujemy i schodzimy do wsi, by spocząć na herbacie i przekąsce w postaci chleba z miodem, we wcześniej upatrzonej knajpce. Zaglądamy też na lokalny rynek spożywczy, kupujemy kilogram granatów (3 tys.) i wracamy do Samarkandy. Po południu wychodzę z Gniewkiem do rosyjskiej części miasta. Główny cel wysłać kartki i obejrzeć GUM – miejscową Galerię Mokotów. Pierwsze załatwiamy szybko i sprawnie. Zaznaczona na mapie poczta nadal jest na swoim miejscu. W GUMie najbardziej interesująca jest toaleta. Jest w takim stanie, że nasz Sanepid musiałbym zamknąć nie tylko całe centrum handlowe, ale i pewnie niezły kawałek okolicy
Po drodze zaglądamy też do kina. Filmów po rosyjsku dziś nie grają, ale w ramach zwiedzania pani bileterka pozwala nam zajrzeć do jednej z sal. A że drzwi są akurat usytuowane pomiędzy widownią a ekranem, to nasze zaglądanie przeszkadza dosłownie wszystkim oglądającym. “Śmiało nie ma się czego bać” – zachęca pani bileterka
. Ach ta miejscowa gościnność.
15.11. Samarkanda – Tashkent
Dziś ostatni dzień pobytu w Samarkandzie. Pogoda jakby chciała nam wynagrodzić ostatnie trzy dni, dziś wita nas bezchmurnym niebem. Podrywam się z łóżka i wychodzę pospacerować po najważniejszych zabytkach okolicy. Fotografuję, wszystko to co powinienem był uwiecznić przez ostatnie dni. Warunki nie są może idealne, bo promienie słońca osłabia delikatna mgiełka, ale nie ma co wybrzydzać. Zjadamy śniadanie, ja wychodzę jeszcze na chwilkę pofotografować Ragestan i wsiadamy w marszrutkę 73, która podwozi nas pod dworzec. Kupujemy bilety na szybkich pociąg Shark (11,5 tys., 3,5 h) do Tashkientu. Jedziemy dość szybko, co odczuwamy przez całą podróż, bo porządnie trzęsie. Po wyjściu na piechotę docieramy do naszego noclegu. Rozładowujemy się w pokojach, bierzemy prysznic i taksówką podjeżdżamy pod Operę Nawoi – znowu taksówkarz podwozi nas pod Teatr Dramatyczny. W Operze grają dzisiaj “Damę Pikową” Czajkowskiego. Widzów nie wiele więcej co w poprzedni wtorek (łącznie może koło 100). Za to powiększył się też zespół aktorów do około 70, co w połączeniu z orkiestrą też daje 100 osób. Sam spektakl bardzo fajny, tylko niemiłosiernie długi, bo 3,5 h. Po wyjściu z opery zatrzymujemy się jeszcze na pizzę w pobliskiej restauracji i wracamy do naszego pokoju. Na godzinę 2:30 zamawiamy taksówkę.
16.11. Tashkent – Warszawa
Niestety następuje jakieś niedogadanie, bo kierowca nie może znaleźć naszego mieszkania. Dopiero po naszym telefonie, udaje się ustalić wspólne miejsce spotkania. Sam przejazd nie zajmuje nam zbyt wiele, bo lotnisko jest niezwykle blisko. Płacimy 5 Euro. W hali odlotów spora kolejka, ale zgodnie z planem dajemy radę na czas przejść wszystkie procedury. Jeszcze tylko przesiadka w Moskwie i o 10:50 lądujemy w Warszawie.
Kursy walut:
1 USD = 1350 sum
1 Euro = 1700 sum
