• Bakuriani – jest zima, musi być zimno [Gruzja]

    Prosto z lotniska ruszyliśmy w drogę do Bakuriani – górskiego kurortu, położonego niedaleko od znanego uzdrowiska Bordżomi. W górach spędziliśmy tam w sumie trzy dni. W grudniu do Bakuriani przyjeżdżają przede wszystkim miłośnicy nart. My tym razem z szusowania po stokach zrezygnowaliśmy, ale zamiast tego korzystaliśmy z innych zimowych atrakcji: lepiliśmy bałwana, budowaliśmy lodowe fortyfikacje, rzucaliśmy się śnieżkami, tarzaliśmy w puchu i zjeżdżaliśmy na sankach. Wszystko, czego w tym sezonie w Warszawie nie było nam jeszcze dane doświadczyć. Było świetnie, cała rodzina razem, żadnych napiętych planów, dużo czasu dla wszystkich. Relaks i zabawa,

  • W poszukiwaniu zimy [Gruzja]

    Muszę przyznać, że pomysł zimowego wyjazdu do Gruzji był nieco szalony. Gruzja fajny kraj – mówili znajomi – ale zimą? Czy jesteście pewni? I rzeczywiście podróżowanie po Kaukazie Południowym w grudniu nie było rzeczą łatwą, szczególnie gdy jeździ się z trójką dzieci. Temperatura była nawet niższa niż myśleliśmy, śniegu więcej niż zakładaliśmy, a słońca generalnie jak na lekarstwo.

    Mimo to wyjazd zaliczam do bardzo udanych. Zwiedzanie zimą ma w sumie też sporo zalet. Nie ma problemu ze znalezieniem noclegu, można spokojnie pójść na żywioł i zrezygnować z rezerwacji hoteli z wyprzedzeniem. Tłumów nie ma też w restauracjach, czy muzeach. Krótszy dzień i warunki pogodowe co prawda skutecznie ograniczają możliwości spędzania czasu na zewnątrz i w rezultacie więcej czasu spędza się w hotelu, ale to oznacza też dużo zabawy i rozmów z dziećmi. Przy okazji każdy może się też wyspać do woli.

    A o tym, co w zasadzie robiliśmy w Gruzji, napiszemy w kolejnych wpisach.

     

  • Rowerowy rok [Polska]

    Po wakacjach ograniczyliśmy liczbę wyjazdów. Rozpoczęcie roku szkolnego i pewne zauważalne pogorszenie pogody skutecznie zmniejszyło naszą mobilność podróżniczą. Weekendy staraliśmy się nadal spędzać aktywnie. Pomógł nam w tym odkryty jeszcze wiosną cykl: Puchar Warszawy i Mazowsza w Rowerowej Jeździe na Orientację. Organizowane w stolicy i jej okolicach sobotnio-niedzielne zawody rowerowe okazały się świetnym pretekstem do tego, by wyskoczyć za miasto i wspólnie popedałować w tandemie ojciec i syn. Dzięki dobrze dobranej formule i mali i duzi zawodnicy bawili się doskonale. Duża ilość etapów i lokalizacji dawała nam sporą elastyczność w doborze wyścigów i dopasowywania startów do naszego kalendarza. Prowadzona online klasyfikacja pozwalała na bieżąco śledzić wyniki, w rezultacie duch rywalizacji zachęcał do kolejnych startów i mnie i syna. Super fajne było to, że startować mogliśmy jako drużyna. Jak przystało na prawdziwy sportowy team mieliśmy też odpowiednio podzielone role: ja zajmowałem się  nawigacją i szukaniem poustawianych w lesie punktów (zawody były przecież na orientację), a Michaś koncentrował się na dyktowaniu odpowiedniego tempa. Tak się w to wszystko wciągnęliśmy, że nasz mały zawodnik startując łącznie w całym roku w 14 zawodach wygrał w swojej kategorii wiekowej klasyfikację generalną.

     

     

     

     

     

  • Koniec wakacji [Polska]

    Na zakończenie wakacyjnego sezonu mieliśmy w Polsce całkiem długie okno dobrej pogody. Wykorzystując ten dar losu wybraliśmy się na weekend za miasto. Razem z nami pojechała mocna grupka przyjaciół z czasów studenckich. A że i oni dorobili się potomstwa, i to też całkiem licznego, to w sumie na ośmiu dorosłych przypadło aż jedenaścioro dzieci, i to wszystkie w wieku siedmiu lub mniej lat. Ekipa całkiem spora i bardzo wesoła.

    Po dłuższych naradach uradziliśmy, że pojedziemy do województwa świętokrzyskiego. Dużo fajnych atrakcji i starych i nowych, ale przede wszystkim neolityczna kopalnia w Krzemionkach Opatowskich. Odkrycie jednego z wcześniejszych wyjazdów w te okolice i – moim zdaniem – jedna z największych atrakcji Polski w ogóle. A i na tle dziedzictwa światowego mogłaby uchodzić za coś niezwykłego. Wyobraźcie sobie tylko, że eksploatacja krzemienia na tych terenach ma dłuższą historię niż egipskie piramidy…

    Na bazę wypadową wybraliśmy Bałtów. Po pierwsze, dlatego, że chcieliśmy zobaczyć Park Dinozaurów, ale także dlatego, że znajduje się tam jedyne w okolicy pole namiotowe. Co ciekawe okazało się ono kompletnie puste (wozu cyrkowego nie liczę), a że jest też nieogrodzone to przy okazji dość trudne to znalezienia – w szczególności, gdy przyjeżdża się na nie już w nocy. W zasadzie to słowo pole to chyba jednak trochę zbyt wiele, bo na terenie były co prawda sanitariaty i kilka ławeczek, ale to w temacie infrastruktury tyle. W okolicy mieliśmy za to małe jeziorko z całkiem fajną plażą i duże boisko do piłki nożnej. Dla dzieci rewelacja. Reasumując nie było to z pewnością kemping z prawdziwego zdarzenia, ale naszym najmłodszym to zupełnie nie przeszkadzało.

    Sobotę spędziliśmy bardzo aktywnie: odwiedzając dinozaurową część kompleksu bałtowskiego (wbrew opinii niektórych całkiem ciekawą i nie aż tak bardzo zatłoczoną – może dlatego, że byliśmy rano), spacerując bardzo klimatycznym wąwozem położonym tuż obok, walcząc z lękiem wysokości w parku linowym. Do tego wieczorem zrobiliśmy sobie wspólne ognisko. Drugiego dnia pojechaliśmy do Krzemionek Opatowskich, a potem, ponieważ pogoda dopisywała, wykąpać się w starachowickim zalewie, który mógłby być bardzo fajny, gdyby nie ciągle przeszkadzające wodne skutery (zagrożenie dla słuchu i życia).

    A o to i wspomniane pole.

    I parę zdjęć z kompleksu w Bałtowie.

     

     

     


     

    Wąwóz, który okazał się wspaniałym miejscem do zabawy. Nawet może fajniejszym niż sam kompleks dinozaurowy.

    W parku linowym też było rewelacyjnie.

    No i ognisko “jak za starych, dawnych lat”

  • Włochy – z dziennika podróżnika [Włochy]

    dsc_3939

    Kiedyś rzucalibyśmy się na każde z włoskich miast zwiedzając je od deski do deski jak przewodnik przykazał. Dziś nasze zwiedzanie wygląda zupełnie inaczej. Miasta należą raczej do kategorii trudność. Miasta przyjemność to niestety rzadkość. Zamiast nich jest raczej nieustające wyzwanie. Muzea i pałace coraz częściej omijamy szerokim łukiem, szukając wytchnienia w parkach i na placach zabaw. Spacery po pięknych uliczkach już nie cieszą tak jak kiedyś. Trochę pewnie nam się opatrzyło. Choć włoskie miasta w żadnym razie nie straciły swojego uroku. Nadal wyglądają wspaniałe, a ich architektoniczne piękno nie znajduje równych. Niestety spacer po kolejnym nie jest już tak dużą atrakcją. Brak efektu nowości ma w tym wypadku spore znaczenie. Ale najważniejsze jest to, że dzieciaki nie są jeszcze w stanie docenić tych walorów tak jak my. Nawet jeśli rzucą okiem na niezwykłą renesansową uliczkę, wspaniale zachowaną barokową katedrę, czy niezwykłe freski to generalnie mają zupełnie odmienne priorytety. Ich trzyma przy życiu wizja lodów, dyskusje o grach komputerowych (Michaś), księżniczkach i wróżkach (Jankach), albo spędzanie czasu na rękach u mamy i taty (Basia). Zwiedzanie w takich warunkach jest siłą rzeczy trudne. Szczególnie jeśli odbywa się w upale i nieprzeniknionej gęstwinie innych turystów (zdjęcie powyżej zrobiłem przy słynnym balkonie Juli w Weronie). W rezultacie wizyty i zwiedzanie włoskich atrakcji musieliśmy ograniczać do minimum koncentrując się głównie na spacerach i poszukiwaniu lodziarni, podczas których mogliśmy podziwiać zabytkowy układ urbanistyczny, od czasu do czasu zaglądając tu i tam. W ten sposób udało nam się zobaczyć nie tylko przywołaną już wcześniej Weronę, ale także Mantuę, Ferrarę, Vicenzę i Padwę. Ale pewnie będziemy chcieli jeszcze do nich wrócić, by się nimi do końca nasycić.   

     

Page 1 of 1012345»Last »