• Narty na nizinach? [Polska]

    Tegoroczna zima była wyjątkowo długa i dla wielu wyjątkowo męcząca. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. To, że w tym roku śnieg utrzymał się aż do kwietnia, pozwoliło nam spędzić trochę czasu na narciarskich wypadach. Jak się okazało, nie musieliśmy w tym celu wcale jechać tak bardzo daleko. Byliśmy co prawda na kilka dni w Szczyrku, ale równie miło wspominać będziemy wypady do Kazimierza Dolnego, Góry Kamieńsk pod Bełchatowem i na kaszubskiej Wieżycy. Narty w Polsce to przecież nie tylko stoki Tatr, Beskidów, czy Karkonoszy, ale także morenowe wzgórza Pomorza i mniejsze górki rozsiane na nizinach, wyżynach i przedgórzach. Gdy się przyjrzeć mapie naszego  kraju tych drugich jest całkiem sporo. I – z perspektywy takiej rodziny jak nasza – mają one całkiem sporo zalet: są blisko (dzięki czemu można je odwiedzić na weekend, dzień lub nawet parę godzin), mają dobrą infrastrukturę i wyciągi przygotowane dla najmłodszych (co jest szczególnie ważne, gdy człowiek nastawia się na naukę jazdy, a niekoniecznie chce się wyszaleć). 

    Oczywiście pomogło też to, że dorosły nam dzieci. Dzięki temu, że wszystkie mogą włożyć narciarski sprzęt, dorośli nie muszą już jeździć na zmiany. Niestety oznacza to też dodatkowe wydatki nie tylko na wyposażenie dla maluchów, ale także dla nas (bo dotychczas mieliśmy tylko jedne narty :)).

    Wieżyca 

    Tu jeździ się całkiem przyjemnie. Jak już jest się w Trójmieście (gdzie my bywamy w sumie dość często) to okazuje się, że na Wieżycę jest w zasadzie blisko :). W tym roku warunki na Kaszubach były na tyle łaskawe, że jeździliśmy tu  jeszcze w Lany Poniedziałek. 

     

    Poza nartami są też fajne zjazdy pontonowe i plac zabaw. Z perspektywy najmłodszych ośrodek ma rewelacyjny wynalazek, jakim jest magiczny dywanik, który  niezwykle ułatwia naukę jazdy na nartach (pozwalając wyeliminować kontakt z mało przyjaznymi  orczykami).
    Bardzo podobne urządzenie mają też zresztą w Kazimierzu.

    Kazimierz 

    Gdyby nie kręta droga, która dłuży się najmłodszym to pewnie jeździliśmy byśmy tu częściej. 

    Na korzyść Kazimierza przemawia też cała turystyczna infrastruktura (świetne restauracje) i cały szereg dodatkowych atrakcji – jak choćby  fajne wąwozy. 

    Góra Kamieńsk 

    Poza długością stoku i kolejką krzesełkową zaletą Góry Kamieńsk jest też świetny widok Elektrowni Bełchatów – szczególnie dla amatorów klimatów industrialnych;

     

  • Weekendowe wycieczki [Polska]

    Pod koniec lata wybraliśmy się na dwie weekendowe wycieczki wiślańskim szlakiem. Pierwsza – dłuższa – zaprowadziła nas w okolice Kazimierza i Janowca, druga – jednodniowa – do Trojanowa. Jednak to nie Wisła była magnesem, który w te okolice przyciągnął nas i nasze dzieci, a parki rozrywki. Nie jestem wielkim fanem tego typu miejsc, ale – jak się domyślacie – nasze maluchy je bardzo lubią. A jak wiadomo od pewnego czasu jest ich troje i mają nad nami przewagę liczebną. Do tego są też coraz większe i coraz bardziej świadome, co oznacza, że w coraz większym stopniu musimy liczyć się z ich głosem wybierając kierunki naszych eskapad. W efekcie wszystkie rodzinne parki rozrywki znajdują się wysoko na naszej liście podróżniczych priorytetów. 

    Pierwszy z nich znajduje się rzut beretem od malowniczo położonego zamku w Janowcu.

    I nazywa się Magiczny Ogród.

    Kryje w sobie duży park rozrywki nastawiony bardziej na żeńską część młodej gawiedzi.

    Ale i chłopcy znajdą w nim sporo rozrywek dla siebie

    największą z nich była zdecydowanie organizowana co weekend wielka bitwa – niestety się na nią nie załapaliśmy.

    A po drugiej stronie Wisły jest oczywiście Kazimierz, ze wszystkimi swoimi atrakcjami: spichlerzami,

    wąwozami 

    i muzeami (na zdjęciu ul w Muzeum Przyrodniczym).

    Drugi park odwiedziliśmy we wrześniu, w ramach jednodniowej wycieczki z Warszawy.

    A nazywa się Farma Iluzji 

    I jak nie trudno się domyśleć, motywem przewodnim są w nim złudzenia i sztuczki.

    tu np. labirynt luster

    ale nie brak też zwykłych atrakcji, gdzie można się wyszaleć i wybawić.

  • W stronę słońca [Portugalia]

    Wyjazd do Portugalii był pogodowym strzałem w dziesiątkę. Gdy wsiadaliśmy w samolot mieliśmy nadzieję, że uda nam się uczciwy przed typową jesienną pluchą i złapać trochę słońca. W najskrytszych marzeniach nie liczyliśmy jednak, że słońca będzie aż tyle i że będzie aż tak mocne. Sami Portugalczycy byli zdziwieni tą pogodową anomalią, bo nawet dla nich nie było to normalne, że pod koniec października termometr wskazywał 30 stopni, a na niebie przez cały tydzień nie było nawet jednej chmurki. To się w głowie nie mieściło, w szczególności, że w tym samym czasie w warszawskich okolicach termometr nie był w stanie dobić do 10 stopni.
    Wyjazd trochę naturalnie podzielił nam się na trzy części. Zgodnie z kolejnymi noclegami, które wypadły w trzech częściach północnej Portugalii. Pierwszy etap w rejonie Beiras spędziliśmy w okolicach Coimbry. Zatrzymaliśmy się w starym klimatycznym domu z kamienia, z pięknym i równie starym ogrodem. Stąd mieliśmy tylko rzut beretem do jednego z najstarszych europejskich miast uniwersyteckich Coimbry, rzymskich pozostałości w Conimbriga oraz ruin zamku w Monte.
    Drugi nocleg też był strzałem w dziesiątkę. Bo kto nie marzy o domu nad brzegiem oceanu z wyjściem na plażę. Starsze dzieciaki były wniebowzięte. Nie przeszkadzało im nawet to że nie mogą się kąpać, bo woda zimna i prądy zbyt mocne. Jak zwariowane biegały po piasku w tam i z powrotem. Basiuni też się “trochę podobało”, ale nie w wodzie, a na piasku właśnie. Na wyciągnięcie ręki mieliśmy urocze minhońskie miasteczka jak Braga i Guimaraes i równie ciekawy barokowy kościół Bom Jesus do Monte i ruiny starożytnej wioski w Citania de Briteiros.
    Trzeci nocleg to zwiedzanie Porto. Już bez samochodu głównie na piechotę podziwialiśmy przepięknie położone wąskie uliczki, zabytkowe tramwaje i majestatycznie zawieszony dwukondygnacyjny most łączący oba brzegi rzeki.

    Etap 1:

     

    Etap 2:

    Portugalia

    Portugalia

    Portugalia

    Portugalia

    Portugalia

     

    Etap 3:

    Portugalia

  • Rowerowy maj [Niemcy]

    Gdy obserwowałem pogodę za oknem zaczynałem wątpić w powodzenie naszego planu. Do tego prognozy też nie pozostawały złudzeń. Pogodowo miało być słabo. Systematyczne odświeżanie ekranu komputera nic w tej sprawie nie zmieniło. W nocy temperatura spadać miała blisko zera. Znajomi pukali się w głowę. Z dziećmi na rowery i pod namiot w tę pogodę? Życzę powodzenia. Rok temu było w sumie podobnie, a jakoś daliśmy radę. To i tym razem damy radę pomyślałem i pojechaliśmy. W końcu nie wszyscy, bo Marysia na kilka dni przed wyjazdem zachorowała i musiała odpuścić (została też Basiunia, która za nic nie chciała jechać bez swojej kochanej mamy). Nasza piątka reprezentowana była więc w nieco okrojonym składzie; ja, Michaś i Janka. I właśnie dla tej ostatniej uczestniczki wyjazd był największym wyzwaniem, bo na rowerze nauczyła się jeździć dokładnie tydzień wcześniej! Ale poradziła sobie wyśmienicie.

    Poza nami byli też nasi tradycyjni rowerowi kompani: Andruty. A dokąd tym razem pojechaliśmy?

    Za naszą zachodnią granicę: do Saksonii, a konkretnie nad Łabę w okolice Drezna.


    Pierwszym punktem wycieczki było zwiedzanie Miśni.

    A jak wiadomo Miśnia porcelaną słynie. Wizyta w Miśni nie byłaby pełna bez zwiedzania fabryki porcelany.

    A z ciekawostek: wiedzieliście, że po wypaleniu porcelana zmniejsza się nawet o 30%

    Drugi dzień to łączona wycieczka kolejowo-rowerowa do pałacu w Moritzburgu. Nie mogłem uwierzyć, że ten ciągnięty przez parowóz skład ma oddzielny wagon rowerowy. A jak obsługa zobaczyła naszą wesołą gromadkę, która zjawiła się na peronie w ostatniej chwili, to bez mrugnięcia okiem podstawiła jeszcze jeden taki wagon, by nasz rowerowy sprzęt mógł bez problemu nam towarzyszyć w podróży. 

    A to już cel naszej podróży, czyli pałac w Mortizburgu.

    I wesoła, nieco zmarźnięta, ekipa.

    Kolejne dni spędziliśmy w saksońskiej Szwajcarii. 

    I po tej drugiej stronie Drezna też się świetnie bawiliśmy. 

    Tu też jeździliśmy na rowerze.

    A jeżdżenie na rowerze urozmaicało nam pływanie promami, które łączyły ścieżki rowerowe po obu stronach Łaby.

    I chodzenie po górskich szlakach

    A te są bardzo urokliwe.


    Czasem urozmaicone jakimiś zamkowymi ruinami.

    A czasem twierdzą.

    A czasem takim wąskim przejściem.

    A żeby nie znudziło się nam wędrowanie to jeździliśmy też w góry tramwajem – o taka ciekawostka górski tramwaj 🙂

    No i rzeczywiście przez te kilka dni trochę zmarzliśmy, ale w sumie pogoda nie była tak zła jak przypuszczaliśmy, bo było sporo rozpogodzeń. A jak wiadomo jak świeci słońce to od razu robi się przyjemniej.  Wyjazd zaliczam więc do bardzo udanych i chętnie do Niemiec i do Saksonii wrócę.

  • Wielkanoc [Włochy, Malta]

    Nasz maltańsko-sycylijski urlop przypadł na czas świąt Wielkiejnocy. Postanowiliśmy to wykorzystać i obejrzeć niektóre co ciekawsze obrzędy.

    Palmową Niedzielę spędzaliśmy w niewielkiej górskiej miejscowości Caccamole. Rokrocznie odbywa się tu ciekawa procesja, której główną atrakcją jest osiołek wiozący małego chłopca (czyli Jezusa). Nie było zbyt wielu turystów, a my mieliśmy dobre miejsca obserwacyjne. Niestety o ile głównego aktora udało mi się uchwycić na zdjęciach, to zupełnie mnie zaskoczył, przedwcześnie schodząc ze swojego wierzchowca. W rezultacie zdjęć Jezusa na osiołku brak. Na osłodę wrzuciłem fotkę czworonoga z jakimś innym chłopcem. 

    Z kolei w Wielki Piątek byliśmy już na Malcie. Z tej okazji pojechaliśmy do mało znanej miejscowości Zebbug, która normalnie nie jest ani głównym ani nawet fakultatywnym punktem wycieczek turystycznych. W ten jeden dzień w roku jest jednak inaczej. Do miasta przybywają tłumy odwiedzających. O tyle ciekawe, że nie odbywa się tu klasyczyna droga krzyżowa, a ogromna procesja. Właściwie przedstawienie, albo pochód. Biorą w nim udział setki aktorów, którzy ubrani w stroje z epoki maszerują główną aleją miasta. Od razu zwraca uwagę skala przedsięwzięcia, ale także ilość przygotowań jakich wymaga. Nie mogliśmy oderwać wzroku od dopracowanych do ostatniego szczegółu strojów i rewelacyjnie dobranych rekwizytów. I nawet nasze dzieci, które normalnie nie potrafią usiedzieć w miejscu wpatrywały się w to widowisko przez dłuższą chwilę jak zaczarowane. 




Page 1 of 1312345»10Last »