• Basia dorasta [Polska]

    Nim się spostrzegliśmy Basia stała się prawdziwą dziewczynką.
    Do lamusa poszły awantury, a Basia stała się dziewczyną na “tak”, no oczywiście poza tym mi nielicznymi przypadkami, gdy akurat jest na “nie”. Mówi już sporo, chętnie wszystko powtarza. Michaś to “Jaś”. Janka to “Anka”. A Bastek to “Hefek” – zupełnie nie wiedzieć czemu. Dla kontrastu Mama jest normalnie mamą, czasem tak rozbrajająco zdrobnianą “Mamusiu”.

    Prawdziwa z niej Zosia Samosia. Wszystko sama. Sama chce jeść, sama zmieniać sobie pieluszkę i sama ubierać. A i to też nie prawda, bo pieluszka to już w zasadzie u nas przeżytek.

  • Malbork i Grudziądz [Polska]

    Staramy się usilnie nadrobić zaległości rodzinne z ostatnich lat. W rezultacie dość często wyjeżdżamy nad morze. Z Warszawy dojazd znacznie się w ciągu  tych kilku lat poprawił, ale wciąż nie można powiedzieć, by Gdańsk, czy Gdynia były jakoś specjalnie blisko. Wymyśliliśmy więc, że od czasu do czasu spotykać się będziemy z rodziną gdzieś w fajnym miejscu pomiędzy stolicą i Trójmiastem. Pierwszy wybór padł na Grudziądz i Malbork. Może nie było to do końca spotkanie w połowie drogi, ale dla nas i tak bliżej. Do tego dwie fajne atrakcje i to w doborowym towarzystwie.

    W Grudziądzu na miejscowym cmentarzu staraliśmy się odnaleźć ślady rodzinnej historii, przeszliśmy się też po Starym Mieście, zjedliśmy pizzę i poprawiliśmy lodami. Możemy potwierdzić, że grudziądzkie spichrze robią duże wrażenie, szkoda tylko, że nie zwiedziliśmy ich także od środka. Żałuję też, że nie wybrałem się na mecz żużla, akurat MRGARDEN GKM Grudziądz (nazwa już sama w sobie brzmiała dość intrygująco) rozpoczynał tegoroczny sezon ligowy. A ja nigdy na wyścigach motocyklowych jeszcze nie byłem.

    W Malborku oczywiście zwiedziliśmy zamek. Michaś od dawna marzył, by zobaczyć to cudo średniowiecznej architektury. Mieliśmy super przewodnika (dzięki Julcia), który mógłby nas oprowadzać po twierdzy cały boży dzień. Tylko nie wiem jak nasze dzieci by to wytrzymały, bo po 3 godzinach były w zasadzie wykończone. Na koniec zapytałem Michasia, co mu się najbardziej podobało. Okazało się, że wieża z toaletą, tzw. gdanisk, gdzie Krzyżacy mieli rzekomo podstępem pozbawiać życia (zrzucając do zamkowej fosy) niewygodnych adwersarzy…

    Grudziądz

     

     

     

     

     

     

    Malbork

     

     

     

     

     

     

     

     

  • Janka tęskni [Polska]

    Minął już prawie rok od czasu jak jesteśmy w Polsce, a Janka wciąż tęskni. Indie cyklicznie powracają odmieniane przez różne przypadki. A to wspomina indyjskich znajomych, swoje dawne przedszkole i ulubione dania. Ostatnio rozbiła mnie nowa wersja pewnej polskiej piosenki w jankowym wykonaniu: „Jedzie pociąg z daleka. Na nikogo nie czeka. Konduktorze łaskawy zabierz nas do… Delhi!”.

    Ale to nie wszystko. Jakiś czas temu byliśmy z Michasiem na meczu naszej trzeciej ligi, na który zabrał nas dziadek.
    Michaś: Janka, wiesz kto wygrał mecz?
    Janka: Delhi?

    Innym znowu razem zwróciła nam uwagę, że słabo znamy specyfikę indyjskich reginalizmów występujących w języku polskim.

    Janka: Zobacz jak pięknie odświetlona ta fontanna.
    Bastek: Nie mówi się odświetlona, tylko podświetlona.
    Janka: U nas w Delhi mówi się odświetlona!

    Ciekawe, jak długo ten nasz tygrysek będzie jeszcze pamiętał swoje bengalskie korzenie…

  • Rowerowe Bory [Polska]

    Rowerowy wyjazd w Polskę był czymś o czym marzyliśmy od dawna. W Indiach nie mieliśmy w zasadzie żadnych okazji do jeżdżenia na dwóch kółkach. Z tym większą ochotą wróciliśmy do dawnego hobby po powrocie do Polski i tym chętniej wybraliśmy się na długi majowy weekend na wyprawę na dwóch kółkach. Udało się też skrzyknąć większą grup znajomych. Dzięki temu nie tylko było weselej, ale przede wszystkim raźniej, bo ostatecznie wybraliśmy się nie tylko na rower, ale także pod namiot. Pomysł na tyle odważny, że na sześcioro dorosłych przypadało dziewięcioro dzieci w wieku od kilku miesięcy po 10 lat. Na szczęście pogoda dopisała i po chłodnych nocach szybko rozgrzewały nas promienie słońca, które świeciło równo przez pierwsze trzy dni i pół czwartego. Statystyki sprzętu też wyglądały całkiem imponująco: 12 rowerów, 2 przyczepki i jeden hol i jeden rowerowy fotelik. W takiej sytuacji nie pozostawało nic innego jak korzystać z “pięknych i niepowtarzalnych okoliczności przyrody”. Jak się okazuje w Borach Tucholskich jest to szczególnie przyjemne. Oddano tu do użytku ponad 100 km nowych ścieżek rowerowych, które są – jak na Polskie okoliczności – sporym ewenementem. Utwardzone leśne drogi mają nie tylko bardzo dobrą nawierzchnię, są nieźle oznaczone, a w niektórych przypadkach mają specjalne rowerowe parkingi, a przede wszystkim oferują możliwość bezpiecznej jazdy z dala od ruchliwych tras. Problemem jest trochę nierówność infrastruktury. Podczas, gdy nowe trakty oferują rewelacyjne warunki, to stare ścieżki rowerowe wciąż prowadzą piachem, co w przypadku turystów z przyczepkami, holem i fotelikiem oznacza konieczność nieprzyjemnego prowadzenia roweru. Jest to raczej niewielki mankament, który zasadniczo nie zmienia mojego odbioru całej wycieczki. A z czasem to może i to uda się poprawić. Za najlepsze podsumowanie: w cztery dni przejechaliśmy prawie 100 km, pierwszego i drugiego dnia robiąc ponad 35 km. A trzeba pamiętać, że najmniejszy kolarz pokonujący całą tą trasę o własnych siłach miał zaledwie 4 lata!

    Nasza ekipa w komplecie.*

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Skansen w Brusach – na pewno warto odwiedzenia.

    Ranki i wieczory były dosyć chłodne. Przydały się ciepłe kurtki, czapki i rękawiczki.

     

    W ramach odpoczynku od rowerów pojechaliśmy też na rowery wodne 🙂

    * za zdjęcie dziękuję Adzie.

  • Warsztaty w Muzeum Historii Żydów Polskich [Polska]

    Zimę w Warszawie wykorzystaliśmy na nadrobienie zaległości z częścią z naszych polskich znajomych i rodziną, a tych – jak się domyślacie – po ponad 5 latach porobiło się niemało. Poza tym korzystaliśmy też z oferty stolicy. Wybraliśmy się między innymi dwa razy do Muzeum Historii Żydów Polskich. Okazją do zwiedzenia tego nowego dodatku na warszawskiej mapie turystycznych atrakcji była wizyta gości z Trójmiasta. Postanowiliśmy podejść do tematu w raczej mniej typowy sposób i podzielić się na dwie podgrupy. Pierwsza wybrała się na zwiedzanie wnętrz. Druga składająca się z Bastka, Michasia i Janki w towarzystwie Agi i Mii udała się na organizowane w Muzeum warsztaty. Okazało się o tyle dobrym rozwiązaniem, że zwiedzanie wystaw zajmuje sporo czasu, a ekspozycja nie jest aż tak bardzo atrakcyjna dla dzieci. Dla nich jest za to oferta udziału we wspomnianych warsztatach. Te na, które trafiliśmy nie miały co prawda żadnego żydowskiego elementu, ale wszystkim uczestnikom się podobało, a to przecież najważniejsze. Warsztaty odbywają się w specjalnej sali zabaw “Króla Maciusia”. Super urządzona, przestronna, z dużą ilością ciekawych książek, zabawek, instrumentów, przyborów do rysowania i malowania. Dla dzieci prawdziwy raj. Skorzystaliśmy więc za jednym zamachem nie tylko z zajęć, ale z całego tego fajnego zaplecza. Pobyt zakończyliśmy obiadem w żydowskim stylu.
    Nic dziwnego, że po takich pozytywnych doświadczeniach szybko wybraliśmy się na kolejną wizytę tak by wspólnie zobaczyć ekspozycję. Teraz musimy chyba pójść jeszcze trzeci raz, by Marysia mogła pobawić się w Centrum Króla Maciusia 🙂

     

     

     

Page 1 of 712345»...Last »