Polski

  • Weekendowe wycieczki [Polska]

    Pod koniec lata wybraliśmy się na dwie weekendowe wycieczki wiślańskim szlakiem. Pierwsza – dłuższa – zaprowadziła nas w okolice Kazimierza i Janowca, druga – jednodniowa – do Trojanowa. Jednak to nie Wisła była magnesem, który w te okolice przyciągnął nas i nasze dzieci, a parki rozrywki. Nie jestem wielkim fanem tego typu miejsc, ale – jak się domyślacie – nasze maluchy je bardzo lubią. A jak wiadomo od pewnego czasu jest ich troje i mają nad nami przewagę liczebną. Do tego są też coraz większe i coraz bardziej świadome, co oznacza, że w coraz większym stopniu musimy liczyć się z ich głosem wybierając kierunki naszych eskapad. W efekcie wszystkie rodzinne parki rozrywki znajdują się wysoko na naszej liście podróżniczych priorytetów. 

    Pierwszy z nich znajduje się rzut beretem od malowniczo położonego zamku w Janowcu.

    I nazywa się Magiczny Ogród.

    Kryje w sobie duży park rozrywki nastawiony bardziej na żeńską część młodej gawiedzi.

    Ale i chłopcy znajdą w nim sporo rozrywek dla siebie

    największą z nich była zdecydowanie organizowana co weekend wielka bitwa – niestety się na nią nie załapaliśmy.

    A po drugiej stronie Wisły jest oczywiście Kazimierz, ze wszystkimi swoimi atrakcjami: spichlerzami,

    wąwozami 

    i muzeami (na zdjęciu ul w Muzeum Przyrodniczym).

    Drugi park odwiedziliśmy we wrześniu, w ramach jednodniowej wycieczki z Warszawy.

    A nazywa się Farma Iluzji 

    I jak nie trudno się domyśleć, motywem przewodnim są w nim złudzenia i sztuczki.

    tu np. labirynt luster

    ale nie brak też zwykłych atrakcji, gdzie można się wyszaleć i wybawić.

  • W stronę słońca [Portugalia]

    Wyjazd do Portugalii był pogodowym strzałem w dziesiątkę. Gdy wsiadaliśmy w samolot mieliśmy nadzieję, że uda nam się uczciwy przed typową jesienną pluchą i złapać trochę słońca. W najskrytszych marzeniach nie liczyliśmy jednak, że słońca będzie aż tyle i że będzie aż tak mocne. Sami Portugalczycy byli zdziwieni tą pogodową anomalią, bo nawet dla nich nie było to normalne, że pod koniec października termometr wskazywał 30 stopni, a na niebie przez cały tydzień nie było nawet jednej chmurki. To się w głowie nie mieściło, w szczególności, że w tym samym czasie w warszawskich okolicach termometr nie był w stanie dobić do 10 stopni.
    Wyjazd trochę naturalnie podzielił nam się na trzy części. Zgodnie z kolejnymi noclegami, które wypadły w trzech częściach północnej Portugalii. Pierwszy etap w rejonie Beiras spędziliśmy w okolicach Coimbry. Zatrzymaliśmy się w starym klimatycznym domu z kamienia, z pięknym i równie starym ogrodem. Stąd mieliśmy tylko rzut beretem do jednego z najstarszych europejskich miast uniwersyteckich Coimbry, rzymskich pozostałości w Conimbriga oraz ruin zamku w Monte.
    Drugi nocleg też był strzałem w dziesiątkę. Bo kto nie marzy o domu nad brzegiem oceanu z wyjściem na plażę. Starsze dzieciaki były wniebowzięte. Nie przeszkadzało im nawet to że nie mogą się kąpać, bo woda zimna i prądy zbyt mocne. Jak zwariowane biegały po piasku w tam i z powrotem. Basiuni też się “trochę podobało”, ale nie w wodzie, a na piasku właśnie. Na wyciągnięcie ręki mieliśmy urocze minhońskie miasteczka jak Braga i Guimaraes i równie ciekawy barokowy kościół Bom Jesus do Monte i ruiny starożytnej wioski w Citania de Briteiros.
    Trzeci nocleg to zwiedzanie Porto. Już bez samochodu głównie na piechotę podziwialiśmy przepięknie położone wąskie uliczki, zabytkowe tramwaje i majestatycznie zawieszony dwukondygnacyjny most łączący oba brzegi rzeki.

    Etap 1:

     

    Etap 2:

    Portugalia

    Portugalia

    Portugalia

    Portugalia

    Portugalia

     

    Etap 3:

    Portugalia

  • Rowerowy maj [Niemcy]

    Gdy obserwowałem pogodę za oknem zaczynałem wątpić w powodzenie naszego planu. Do tego prognozy też nie pozostawały złudzeń. Pogodowo miało być słabo. Systematyczne odświeżanie ekranu komputera nic w tej sprawie nie zmieniło. W nocy temperatura spadać miała blisko zera. Znajomi pukali się w głowę. Z dziećmi na rowery i pod namiot w tę pogodę? Życzę powodzenia. Rok temu było w sumie podobnie, a jakoś daliśmy radę. To i tym razem damy radę pomyślałem i pojechaliśmy. W końcu nie wszyscy, bo Marysia na kilka dni przed wyjazdem zachorowała i musiała odpuścić (została też Basiunia, która za nic nie chciała jechać bez swojej kochanej mamy). Nasza piątka reprezentowana była więc w nieco okrojonym składzie; ja, Michaś i Janka. I właśnie dla tej ostatniej uczestniczki wyjazd był największym wyzwaniem, bo na rowerze nauczyła się jeździć dokładnie tydzień wcześniej! Ale poradziła sobie wyśmienicie.

    Poza nami byli też nasi tradycyjni rowerowi kompani: Andruty. A dokąd tym razem pojechaliśmy?

    Za naszą zachodnią granicę: do Saksonii, a konkretnie nad Łabę w okolice Drezna.


    Pierwszym punktem wycieczki było zwiedzanie Miśni.

    A jak wiadomo Miśnia porcelaną słynie. Wizyta w Miśni nie byłaby pełna bez zwiedzania fabryki porcelany.

    A z ciekawostek: wiedzieliście, że po wypaleniu porcelana zmniejsza się nawet o 30%

    Drugi dzień to łączona wycieczka kolejowo-rowerowa do pałacu w Moritzburgu. Nie mogłem uwierzyć, że ten ciągnięty przez parowóz skład ma oddzielny wagon rowerowy. A jak obsługa zobaczyła naszą wesołą gromadkę, która zjawiła się na peronie w ostatniej chwili, to bez mrugnięcia okiem podstawiła jeszcze jeden taki wagon, by nasz rowerowy sprzęt mógł bez problemu nam towarzyszyć w podróży. 

    A to już cel naszej podróży, czyli pałac w Mortizburgu.

    I wesoła, nieco zmarźnięta, ekipa.

    Kolejne dni spędziliśmy w saksońskiej Szwajcarii. 

    I po tej drugiej stronie Drezna też się świetnie bawiliśmy. 

    Tu też jeździliśmy na rowerze.

    A jeżdżenie na rowerze urozmaicało nam pływanie promami, które łączyły ścieżki rowerowe po obu stronach Łaby.

    I chodzenie po górskich szlakach

    A te są bardzo urokliwe.


    Czasem urozmaicone jakimiś zamkowymi ruinami.

    A czasem twierdzą.

    A czasem takim wąskim przejściem.

    A żeby nie znudziło się nam wędrowanie to jeździliśmy też w góry tramwajem – o taka ciekawostka górski tramwaj 🙂

    No i rzeczywiście przez te kilka dni trochę zmarzliśmy, ale w sumie pogoda nie była tak zła jak przypuszczaliśmy, bo było sporo rozpogodzeń. A jak wiadomo jak świeci słońce to od razu robi się przyjemniej.  Wyjazd zaliczam więc do bardzo udanych i chętnie do Niemiec i do Saksonii wrócę.

  • Wielkanoc [Włochy, Malta]

    Nasz maltańsko-sycylijski urlop przypadł na czas świąt Wielkiejnocy. Postanowiliśmy to wykorzystać i obejrzeć niektóre co ciekawsze obrzędy.

    Palmową Niedzielę spędzaliśmy w niewielkiej górskiej miejscowości Caccamole. Rokrocznie odbywa się tu ciekawa procesja, której główną atrakcją jest osiołek wiozący małego chłopca (czyli Jezusa). Nie było zbyt wielu turystów, a my mieliśmy dobre miejsca obserwacyjne. Niestety o ile głównego aktora udało mi się uchwycić na zdjęciach, to zupełnie mnie zaskoczył, przedwcześnie schodząc ze swojego wierzchowca. W rezultacie zdjęć Jezusa na osiołku brak. Na osłodę wrzuciłem fotkę czworonoga z jakimś innym chłopcem. 

    Z kolei w Wielki Piątek byliśmy już na Malcie. Z tej okazji pojechaliśmy do mało znanej miejscowości Zebbug, która normalnie nie jest ani głównym ani nawet fakultatywnym punktem wycieczek turystycznych. W ten jeden dzień w roku jest jednak inaczej. Do miasta przybywają tłumy odwiedzających. O tyle ciekawe, że nie odbywa się tu klasyczyna droga krzyżowa, a ogromna procesja. Właściwie przedstawienie, albo pochód. Biorą w nim udział setki aktorów, którzy ubrani w stroje z epoki maszerują główną aleją miasta. Od razu zwraca uwagę skala przedsięwzięcia, ale także ilość przygotowań jakich wymaga. Nie mogliśmy oderwać wzroku od dopracowanych do ostatniego szczegółu strojów i rewelacyjnie dobranych rekwizytów. I nawet nasze dzieci, które normalnie nie potrafią usiedzieć w miejscu wpatrywały się w to widowisko przez dłuższą chwilę jak zaczarowane. 




  • Kwietniowa Malta [Malta]

    Drugą część urlopu wykorzystaliśmy na odwiedzenie Malty. Byłem co prawda na wyspie już jakieś 20 lat temu, ale od tamtego wyjazdu upłynęło już tyle czasu, że wszystkie wspomnienia prawie całkowicie się zatarły. Jedyne co pamiętam to pierwszą w życiu (i chyba ostatnią) pizzę frutti di mare, wulkaniczne wybrzeże, przez które ni jak nie szło wejść do morza i prawie tropikalną wilgotną i upalną pogodę (byliśy wtedy w lipcu).
    A że byliśmy już rzut beretem – bo z Trapani na Maltę leci się w niespełna godzinę – postanowiliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i odwiedzić obie wyspy. Siłą rzeczy nie objechaliśmy więc całej Sycylii – zostawiając jej wschodnią stronę na następną wizytę. Wariant sycylijsko-maltański był o tyle ciekawy, że obei wyspy okazały się zadzwijąco różne. Sycylia przestrona, wiejska, nieco jakby leniwa. Malta zabudowana, miejska i chyba trochę klaustrofobiczna (w końcu prawie 1 000 razy mniejsza). Naszą percepcję dodatkowo pogłębił inny model zwiedzania. W Trapani wynajęliśmy samochód, a po Malcie poruszaliśmy się lokalnym transportem.

    Aby było sprawniej na bazę wypadową wybraliśmy przedmieścia stolicy Valletty. To tu schodziły się wszystkie linie podmiejskich autobusów.

    Ich sieć gęsto opasa całą wyspę. I niby wszędzie nimi bilisko, ale w rzeczywistości podróże zawsze trwały dłużej niż zakładaliśmy, bo autobusy jeżdżą na około, wąski, kręte drogi łatwo się korkują, a sam rozkład jazdy jest mało wiarygodny. 

    I tak np. dojazd do Ħaġar Qim Temples – megalistycznych światyń, jednej z największych atrakcji Malty
    zajął nam prawie godzinę (w lini prostej to od Valetty niecałe 10 km).

    A powrót aż dwie, bo autobus przyjechał 2 minuty przed rozkładowym czasem i musieliśmy całą godzinę czekać na przystanku na kolejny. 

    I w rezultacie musieliśmy nieco w przyspieszonym tempie zwiedzać Mdinę, na którą z pewnością wolelibyśmy poświęcić nieco więcej czasu. 

    Poza nieprzeciętną architekturę warto było też zwrócić uwagę na niektóre detale i wykończenia. Przyprawiały o zawrót głowy.

    A gdy my podziwialiśmy kołatki do drzwi, nasze dzieciaki zwracały uwagę na zupełnie inne elementy maltańskiego krajobrazu. Ich wzrok przyciągały place zabaw, 

    podobało im się też bardzo akwarium.

    Gdzie był bardzo fajny, prowadzący przez środek jednego z akwariów tunel. 

    Udało nam się też znaleźć plażę. Dla nas szału nie było, ale dzieciaki się wybawiły. I o to przecież chodziło!

Page 1 of 1312345»10Last »