• Kwietniowa Malta [Malta]

    Drugą część urlopu wykorzystaliśmy na odwiedzenie Malty. Byłem co prawda na wyspie już jakieś 20 lat temu, ale od tamtego wyjazdu upłynęło już tyle czasu, że wszystkie wspomnienia prawie całkowicie się zatarły. Jedyne co pamiętam to pierwszą w życiu (i chyba ostatnią) pizzę frutti di mare, wulkaniczne wybrzeże, przez które ni jak nie szło wejść do morza i prawie tropikalną wilgotną i upalną pogodę (byliśy wtedy w lipcu).
    A że byliśmy już rzut beretem – bo z Trapani na Maltę leci się w niespełna godzinę – postanowiliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i odwiedzić obie wyspy. Siłą rzeczy nie objechaliśmy więc całej Sycylii – zostawiając jej wschodnią stronę na następną wizytę. Wariant sycylijsko-maltański był o tyle ciekawy, że obei wyspy okazały się zadzwijąco różne. Sycylia przestrona, wiejska, nieco jakby leniwa. Malta zabudowana, miejska i chyba trochę klaustrofobiczna (w końcu prawie 1 000 razy mniejsza). Naszą percepcję dodatkowo pogłębił inny model zwiedzania. W Trapani wynajęliśmy samochód, a po Malcie poruszaliśmy się lokalnym transportem.

    Aby było sprawniej na bazę wypadową wybraliśmy przedmieścia stolicy Valletty. To tu schodziły się wszystkie linie podmiejskich autobusów.

    Ich sieć gęsto opasa całą wyspę. I niby wszędzie nimi bilisko, ale w rzeczywistości podróże zawsze trwały dłużej niż zakładaliśmy, bo autobusy jeżdżą na około, wąski, kręte drogi łatwo się korkują, a sam rozkład jazdy jest mało wiarygodny. 

    I tak np. dojazd do Ħaġar Qim Temples – megalistycznych światyń, jednej z największych atrakcji Malty
    zajął nam prawie godzinę (w lini prostej to od Valetty niecałe 10 km).

    A powrót aż dwie, bo autobus przyjechał 2 minuty przed rozkładowym czasem i musieliśmy całą godzinę czekać na przystanku na kolejny. 

    I w rezultacie musieliśmy nieco w przyspieszonym tempie zwiedzać Mdinę, na którą z pewnością wolelibyśmy poświęcić nieco więcej czasu. 

    Poza nieprzeciętną architekturę warto było też zwrócić uwagę na niektóre detale i wykończenia. Przyprawiały o zawrót głowy.

    A gdy my podziwialiśmy kołatki do drzwi, nasze dzieciaki zwracały uwagę na zupełnie inne elementy maltańskiego krajobrazu. Ich wzrok przyciągały place zabaw, 

    podobało im się też bardzo akwarium.

    Gdzie był bardzo fajny, prowadzący przez środek jednego z akwariów tunel. 

    Udało nam się też znaleźć plażę. Dla nas szału nie było, ale dzieciaki się wybawiły. I o to przecież chodziło!

  • Kwietniowa Sycylia [Włochy]

    Preludium

    Na wstępie Szanowym czytelnikom naszego bloga należą się przeprosiny za dłuższą blogową ciszę. Teoretycznie, w ostatnim czasie zajęty byłem alternatywnym projektem, który wkroczył w kluczową fazę i skutecznie zaprzątał moją głowę. Mam tym samym całkiem niezłą wymówkę, ale prawda jest także, że od pewnego czasu ogarnął mnie blogowy leń, który skutecznie spychał internetową twórczość na sam dół listy priorytetów. Inna sprawa, że podróże po Polsce, czy Europie raczej nie są tak ekstycujące i kolorowe, jak nasze przygody w Indiach, a moje zdolności ich opisywnia wyraźnie odstają nie tylko od sław polskiego reportażu, ale i wielu innych twórców polskiej blogosfery. Grafomania na siłę – nie ma co się oszukiwać – jest raczej bez sensu. Zmotywowany przez niektórych z czytelników i z kronikarskiego obowiązku będę się jednak starał od czasu do czasu zamieszczać wpis lub dwa z kolejnych naszych wyjazdów. Wpisy na blogu ukazywać się pewnie będą z mniejszą częstotliwością i z nieco mniejszą regularnością.


    Kwietniowa Sycylia

    Zima w tym roku ciągnęła się niemiłosiernie. Byliśmy już mocno zdesperowani, by uciec przed polską słotą i choćby przez chwilę podładować akumulatory prawdziwą słoneczną energią. Codzienne przeglądanie ofert linii lotniczych przyniosło w końcu oczekiwany efekt i staliśmy się właścicielami pięciu biletów na włoską Sycylię. Wybór kierunku i terminu podróży okazał się trafny. Na miejscu przywitały nas przyjemne wiosenne temperatury i co najważniejsze bezchmurne niebo. Tylko woda w morzu była nieco dla nas za chłodna, ale też nie narzekajmy – nie można mieć przecież wszystkiego.

    Zadekowaliśmy się w przyjemnym nadmorskim miasteczku i rozpoczęliśmy eksplorację zachodniej części wyspy.

    Nasze miasteczko znajdowało się rzut beretem od niewielkiego rezerwatu. Pięknie położony, na górskim zboczu spadajacym wprost do lazurowej wody.

    Nic dziwnego, że wędrówce niewielką scieżką towarzyszyły pocztówkowe widoki. Nagrodą za wysiłek była ukryta w jednej zatoczce malownicza plaża.

    Jadąc dalej tym samym wybrzeżem trafiliśmy do niewielkiej górskiej miejscowości – Erice.

    Trochę pospacerowaliśmy, po waśkich uliczkach, podziwiając tradycyjną zabudowę,


    Oczywiście zjedliśmy pizzę.

    Wpadliśmy też na zamek, gdzie akurat nadciągnęły chmur.

    Jadąc dalej wybrzeżem trafiliśmy na saliny, gdzie tradycyjną metodą produkuje się sól. Trochę szkoda, że zakład akurat nie pracował, ale i tak widoczki były malownicze.

    Kolejnego dnia pojechjaliśmy do Palermo.

    W mieście i okolicach zachwyca architektura w stylu arabsko-normandzkim.


    Z rzeczy mniej oczywistych nam spodobały się też niektóre grafiti.

    Nie byli byśmy sobą, gdybyśmy nie zaciągnęli dzieciaków na jakieś ruiny. A wiadomo, że Włochy są w tym względzie klasą samą w sobie.

    Wspaniałe ruiny. Pamiętające dawne czasy. Idealne miejsce, by pochodzić, pobiegać, poskakać i poczuć starożytny klimat.

    Na koniec jeszcze atrakcja z cyklu dziwnych i raczej niecodziennych: Gibellina. Tu w 1968 roku  potężne trzęsienie ziemi zmiotło z powierzchni wyspy XVII-wieczne miasteczko. Zresztą nie tylko to jedno, bo w okolicy w kilku miejscach do dziś znaleźć można zrujnowane i opuszczone domy i gospodarstwa. Po trzęsieniu ludzie się z całej  doliny przenieśli do innych miejscowości. Ktoś wpadł na pomysł by w Gibellinie w miejscu tragedii wylać wielkie, w zasadzie ogromne, pole betonu, stworzyć coś na kształt zastygniętej masy nieistniejącego miasta z zarysem ulic przecinających ten architektoniczny twór. Swego czasu musiało to być wielkie artystyczne przedsięwzięcie. Aż strach pomyśleć, ile betonu na to poszło. Do dziś to miejsce robi niesamowite wrażenie. Z drugiej strony jest strasznie zapuszczone. Jakby świat o nim zapomniał…

     

    Postludium

    W następnym odcinku Malta.

  • Zaczynamy sezon rowerowy [Polska]

    W kwietniu korzystając z nagłej i – jak się później okazało – krótkotrwałej poprawy pogody wybraliśmy się na wycieczkę w okolice Puszczy Bolimowskiej, a że zabraliśmy ze sobą rowery to mieliśmy też możliwość do sprawdzenia sprzętu. Testy wykazały kilka niedociągnięć (źle przymocowany fotelik, za mały rower) – na tyle poważnych, że przejażdżkę trzeba było skrócić. Pod kątem naszych kolejnych planów (o których napiszemy następnym razem) było to jednak doświadczenie bezcenne. No i ta pogoda. Szkoda, że potem na dłuższą chwilę znowu uderzyła w Polskę szarość.

  • Sporty zimowe – narty [Polska]

    Karty kalendarza bezlitośnie przypominają o upływie czasu. Nim się obejrzałem nastała druga połowa marca, a na blogu cisza. Pierwszy dzień kwietnia zwiastował nieuchronną zmianę pogody. Przed nami cała wiosna i lato. Mnóstwo wyjazdowych planów, ale o nich będzie pewnie kiedy indziej. Tymczasem wracamy jeszcze wspomnieniami do pięknej polskiej zimy.

    Przez ostatnie kilka lat z zimą było nam raczej nie po drodze. W Delhi temperatura zawsze utrzymywała się na plusie. Cóż zrobić? Taki klimat… Zwykle plus ten był znaczny i wszyscy narzekaliśmy na skwar. Tylko w grudniu, styczniu i lutym bywało na tyle chłodno, że czasem zdarzało się nam nawet nieźle zmarznąć. Nie jednak na tyle, by temperatury spadły kiedykolwiek poniżej zera. O białym puchu można więc było w stolicy Indii tylko marzyć. Nic dziwnego, że Basia swój pierwszy śnieg zobaczyła dopiero w Polsce, a Janka przy okazji wycieczki do Dubaju (tak, tak w jednym centrum handlowym mają tam taki zimowy plac zabaw). Najwięcej szczęścia miał pod tym względem Michaś, którego kiedyś zabrałem w Himalaje by spróbował zimowego szaleństwa. To właśnie tam stawiał on pierwsze kroki na nartach. Kroki te były jednak bardzo nieśmiałe i na tyle nieskoordynowane, że szybko poszły w niepamięć. Dopiero w tym roku mieliśmy okazję do nart wrócić.
    Choć nie jesteśmy super entuzjastami dwóch desek w wydaniu zjazdowym to od czasu do czasu poszusować lubimy. Ostatnio z lekkim zdziwieniem zorientowaliśmy się, że mieszkając w Warszawie wcale nie musimy daleko szukać, by znaleźć ku temu okazję. Poza stołecznymi Szczęśliwicami w okolicach Mazowsza znaleźć można co najmniej kilka stoków oferujących przyzwoite warunki narciarskie. W tym sezonie sprawdzaliśmy jeden z nich: Kazimierz.
    Kazimierz kojarzy się pewnie większości z was z weekendowymi wypadami “Warszawki”, ale raczej nie z kurortem narciarskim. A tymczasem dla nas narciarzy weekendowych Kazimierz, a właściwie leżąca na jego obrzeżach Stacja Kazimierz to miejsce wyśmienite. Niewielki stok, z kilkoma orczykami, dośnieżaniem i sztucznym oświetleniem, wypożyczalnią sprzętu i małą restauracją. Kolejki nawet w weekend znośne. Rekonesans okazał się na tyle udany, że wybraliśmy się tam także drugi raz. A w kolejnym sezonie też pewnie tam wrócimy :).</p>

     

     

     

     

    Śnieg już powoli topnieje. Cóź robić? Pozostaje odłożyć sanki i narty w głęboki kąt i uzbroić się w cierpliwość. Trzeba będzie jakoś przetrwać te najbliższe pół roku.

  • Londyn – sentymentalnie [W. Brytania]

    Krótki wypad we dwoje był swego rodzaju podróżą sentymentalna. Dobre 10 lat temu mieliśmy okazję spędzić w tym mieście prawie pół roku. Oboje wspominamy ten czas jako fantastyczną przygodę. Tym razem nasza wizyta trwałą znacznie krócej, bo tylko dwa dni. Na szczęście udało nam się skondensować prawie wszystko co z tamtego okresu pamiętamy najbardziej. Odwiedziliśmy nasze ulubione muzea: Victoria i Albert – z niezwykłą kolekcja XIX w. odlewów gipsowych, British Museum i dom Joane’a Sloane’a – architekta ekscentryka, bezsprzecznie jeden z największych sekretów londyńskiej sceny muzealnej. Zabrakło tylko wizyty w National Gallery i chwili by rzucić okiem na dzieła Turnera. Były za to spacery: po Camden, Soho i Hamstead. Przejechaliśmy się też  tubem i doubledeckerem. Byliśmy na musicalu na Westendzie. Spektakl oczywiście pierwsza klasa. Udało się nawet zrobić niewielkie zakupy na Oxford Street. Wszystko zwieńczone tradycyjnym brytyjskim pie’em i ale’em w tradycyjnym brytyjskim pubie z tradycyjnie polską obsługą. Kiedy następny raz. Mam nadzieję, że szybciej niż za kolejne 10-lat…

    Zdjęcie z archiwum. Londyn 10-lat temu. W sumie chyba niewiele się zmienił.

Page 2 of 13«12345»10Last »