• Londyn – sentymentalnie [W. Brytania]

    Krótki wypad we dwoje był swego rodzaju podróżą sentymentalna. Dobre 10 lat temu mieliśmy okazję spędzić w tym mieście prawie pół roku. Oboje wspominamy ten czas jako fantastyczną przygodę. Tym razem nasza wizyta trwałą znacznie krócej, bo tylko dwa dni. Na szczęście udało nam się skondensować prawie wszystko co z tamtego okresu pamiętamy najbardziej. Odwiedziliśmy nasze ulubione muzea: Victoria i Albert – z niezwykłą kolekcja XIX w. odlewów gipsowych, British Museum i dom Joane’a Sloane’a – architekta ekscentryka, bezsprzecznie jeden z największych sekretów londyńskiej sceny muzealnej. Zabrakło tylko wizyty w National Gallery i chwili by rzucić okiem na dzieła Turnera. Były za to spacery: po Camden, Soho i Hamstead. Przejechaliśmy się też  tubem i doubledeckerem. Byliśmy na musicalu na Westendzie. Spektakl oczywiście pierwsza klasa. Udało się nawet zrobić niewielkie zakupy na Oxford Street. Wszystko zwieńczone tradycyjnym brytyjskim pie’em i ale’em w tradycyjnym brytyjskim pubie z tradycyjnie polską obsługą. Kiedy następny raz. Mam nadzieję, że szybciej niż za kolejne 10-lat…

    Zdjęcie z archiwum. Londyn 10-lat temu. W sumie chyba niewiele się zmienił.

  • Zimowy weekend na Mazurach [Polska]

    Początek stycznia upłynął nam pod znakiem wypadu na Mazury. Jakiś czas temu w gronie trójmiejskim powstała taka nowa świecka tradycja, by wyjeżdżać wspólnie tydzień po Sylwestrze. W hotelach zwykle łatwiej wtedy o miejsca i z urlopem często prościej, a i ceny zazwyczaj niższe. Coś musi być na rzeczy, bo w tym roku ta cenna inicjatywa przyciągnęła koło sześćdziesięciu osób.  Piszę “koło”, bo chyba nikt wszystkich nas do końca nie zliczył. Tak, tak, ekipa nam się ostatnimi czasy mocno rozrosła. I jak to na nasze stadne wyjazdy przystało znów było więcej dzieci niż dorosłych. Na zdjęciu nieudana próba uchwycenia całej naszej grupy.

    Weekend był nad wyraz mroźny, ale też wyjątkowo słoneczny  

     

     

     

     

     

     

     

     

  • Odkrywamy Gruzję z Wizzairem [Gruzja]

    Na koniec wyjazdu mieliśmy jeszcze trochę pokręcić się po okolicach Kuatisi. To do tego miasta przywiózł nas samolot Wizzaira i z tego miał nas zabrać do Warszawy. Naturalne więc było to, że zatrzymaliśmy się na chwilę w tym właśnie miasteczku. Głównie dlatego, by nie spóźnić się na lot powrotny. Okazało się, że i samo Kutaisi i jego okolice mają turystom do zaoferowania całkiem sporo atrakcji. W samej miejscowości a – jak to w innych aglomeracjach Gruzji – architektur raczej nie powala, ale też nie można specjalnie narzekać, bo w ścisłym centrum było kilka ciekawych budynków. W sumie było ciekawiej i ładniej niż się spodziewaliśmy.

     

     

     

    Szczerze jednak przyznam, że zimno na tyle mocno dawało nam się we znaki, że postanowiliśmy dać sobie spokój z dłuższymi spacerami i spędzić czas w jednej z miejscowych kawiarenek na ciastku i kawie. Był to strzał w dziesiątkę, bo ekipie od razu poprawiły się humory i nawet najwięksi maruderzy przestali zgłaszać wyraźny sprzeciw w sprawie kontynuowania wycieczki. Dzięki temu mogliśmy ruszyć w teren. Na celowniku mieliśmy położony kilka kilometrów od Kutaisi park ze śladami dinozaurów i niewielką jaskinią. Pora była na tyle wczesna, a warunki na tyle niesprzyjające, że tego przedpołudnia byliśmy jedynymi odwiedzającymi rezerwat Sataplia.   

     

     

     

     

    Obejrzeliśmy też dwie prawosławne katedry położone w okolicy. Jedna – Bagrati – w zasadzie była w samym mieście; 

     

     

    Ostatni dzień miał przenieść nas do Warszawy, a przyniósł największą niespodziankę wyjazdu. W nocy spadł śnieg. Może nie było go więcej niż 10 centymetrów, ale okazał się na tyle uciążliwy że sprawił, że 3/4 samolotów, którego tego dnia miały wylądować w Kutaisi w ogóle do Gruzji nie przyleciało. W tej grupie był też samolot Wizzaira, mający zabrać nas do Warszawy. Dzień zaczął się dla nas mocno nieciekawie. Szczególnie, że aby zdążyć na lotnisko wstaliśmy tego dnia o 4-tej rano. Dzieciaki niewiele później. W schyłkowej formie przeczekaliśmy na lotnisku jakieś 3 godziny, aż sytuacja się wyjaśni. Powiedziano nam, że lot odbędzie się następnego dnia, a my (zgodnie z unijnymi regulacjami)  będziemy mieli zapewniony i wikt i opierunek. I rzeczywiście podstawiono autobusy i po jakiś 45 minutach wylądowaliśmy w hotelu w miejscowości Ckaltubo. Wizzair zakwaterował nas w odnowionym domu wczasowym. Okazało się, że w całym miasteczku takich przybytków jest trochę więcej, bo Ckaltubo było swego czasu uzdrowiskiem znanym w całym ZSRR. Po upadku komunizmu nieco podupadło na zdrowiu, ale w ostatnich latach sporo się tu inwestuje stąd świeżo odnowiony hotel i  własnie remontowany szpital uzdrowiskowy. Co ciekawe, nasz przewodnik zupełnie o nim milczał.

    Wszystkim nam ten dodatkowy dzień bardzo się podobał. Spędziliśmy go bardzo leniwie, wychodząc na krótki spacer z lepieniem bałwana, śnieżkową wojną i zatopioną w bieli tropikalną roślinnością. 

     

     

     

     

    Dom zdrojowy z zewnątrz 

    i wewnątrz.

    Dzień później samolot nie miał już problemów z lądowaniem i mogliśmy spokojnie wrócić do Warszawy.

  • Gruzja – zwiedzanie [Gruzja]

    Reszta wyjazdu zeszła nam zwiedzanie głównych atrakcji położonych pomiędzy Tibilisi i Kutaisi. 

    Oczywiście chwilę spędziliśmy w stolicy,

    ale była to dosłownie chwila.

    zatrzymaliśmy się za to pod Tibilisi – Mcchety.

    jednym z najstarszych miast Gruzji i zarazem ważnym ośrodkiem religijnym.

    Nam najbardziej podobał się jego kompaktowy charakter i spójność architektoniczna. 

    Zatrzymaliśmy się też w Gori, które słynie głównie z tego, że urodził się tu Stalin

    Na miejscu jest jego muzeum. 

    Jest też plac.

    A tak to raczej mało atrakcyjne miasteczko.

    Na przedmieściach jest za to bardzo fajne skalne miasto – Uplistsikhe.

    Idealne miejsce by wyszaleć dzieci na świeżym powietrzu,

    nawet przy wietrznej  

    i dość chłodnej pogodzie.

     

  • Bakuriani – jest zima, musi być zimno [Gruzja]

    Prosto z lotniska ruszyliśmy w drogę do Bakuriani – górskiego kurortu, położonego niedaleko od znanego uzdrowiska Bordżomi. W górach spędziliśmy tam w sumie trzy dni. W grudniu do Bakuriani przyjeżdżają przede wszystkim miłośnicy nart. My tym razem z szusowania po stokach zrezygnowaliśmy, ale zamiast tego korzystaliśmy z innych zimowych atrakcji: lepiliśmy bałwana, budowaliśmy lodowe fortyfikacje, rzucaliśmy się śnieżkami, tarzaliśmy w puchu i zjeżdżaliśmy na sankach. Wszystko, czego w tym sezonie w Warszawie nie było nam jeszcze dane doświadczyć. Było świetnie, cała rodzina razem, żadnych napiętych planów, dużo czasu dla wszystkich. Relaks i zabawa,

Page 3 of 13«12345»10Last »